201602.11
Kategoria Publikacje

BMM – Broń Masowej Manipulacji


Witold Sokała

Witold Sokała

Historia sztuki wojennej jest de facto historią poszukiwania i stosowania coraz doskonalszej broni. Doskonalszej, to znaczy skuteczniej i bezwzględniej oddziałującej na przeciwnika – czyli na podmiot, na którym chcemy wymusić określone, korzystne dla nas, zachowania[1]. Wydawałoby się, że szczytowym osiągnięciem w tym zakresie i bronią niemalże absolutną stało się coś, co nazwano BMR (Bronią Masowego Rażenia). Przeciwko niej buduje się różnego rodzaju zabezpieczenia, poczynając od układów nieproliferacyjnych, poprzez doktryny wojenne realnie minimalizujące ryzyko uruchomienia arsenałów BMR, aż po mniej czy bardziej skuteczne „tarcze”, w tym najsłynniejszą dzisiaj – czyli amerykański BMDS (Ballistic Missile Defence System).

Wiek XXI, a mówiąc precyzyjniej – zachodzące na naszych oczach zmiany technologiczne i warunkowane nimi zmiany w sferze społecznej, tworzą jednak nowy, coraz istotniejszy wymiar bezpieczeństwa. Nie negując znaczenia i groźby klasycznego oddziaływania militarnego, warto dostrzegać ryzyka związane z walką informacyjną, a precyzyjniej, z manipulowaniem informacją[2]. Działania takie, dokonywane na skalę masową, już od pewnego czasu (na razie nieśmiało, ale jednak coraz bardziej serio) zaczyna się nazywać – per analogiam – MMW, czyli Mass Manipulation Weapon. Po polsku: Broń Masowej Manipulacji[3].

Niezwykle spektakularnym przykładem użycia „broni informacyjnej” było ujawnienie szeregu informacji poufnych za pośrednictwem portalu Wikileaks[4], uderzające zarówno w sektor publiczny, jak i prywatny, w interesie nie do końca zidentyfikowanych graczy, o których z całą pewnością da się powiedzieć tylko jedno. Mianowicie to, że są forpocztą nowego sposobu walki, który być może zdominuje konflikty globalne i regionalne w XXI stuleciu.

Specyficzną ”tarczą” przeciwko BMM (pozostając przy terminologii, podkreślającej militarne analogie) zapewne mogłaby być odpowiednia edukacja. „Mogłaby”, gdyby była „odpowiednia” – czyli po pierwsze dotycząca wystarczająco dużej (w skali globalnej) grupy ludzi, po drugie zaś dostarczająca im wiedzy i umiejętności, uodparniających na coraz bardziej wyrafinowane metody manipulacji medialnej, stosowanej powszechnie w celach politycznych i/lub ekonomicznych. Jak się wydaje, szanse na skonstruowanie takiego systemu edukacyjnego nie są jednak duże.

flickr.com by Michael Coghlan. Edit by Tomasz Zając, CC BY-SA 2.0

„Fakt, że technologia informacyjna i komunikacyjna staje u progu nowej historycznej epoki oznacza, iż wszystko ulega zmianie. (…). Instytucje, które wspierały stare społeczeństwo i które mimo upływu czasu wydawały się wieczne i naturalne, przechodzą poważny kryzys. Ujawniona zostaje przy tym ich prawdziwa natura – to, że są produktami społecznymi i ideologicznymi związanymi z okolicznościami danego okresu. Ich upadek pod miażdżącym naporem zmian wydaje się nieuchronny. Od tego trendu nie ma ucieczki. Instytucje, które najbardziej zostaną nim dotknięte, to państwo narodowe, demokracja parlamentarna, rodzina nuklearna i system edukacji” – wieszczą Alexander Bard i Jan Soederqvist[5].

Odnosząc to spostrzeżenie szwedzkich badaczy, skądinąd niezwykle trafne, do przedmiotu niniejszych rozważań, warto zastanowić się nad kwestią efektywności, z jaką obecne systemy edukacyjne przygotowują nas do mierzenia się z coraz istotniejszym wyzwaniem dla współczesnej polityki bezpieczeństwa, jakim jest walka informacyjna.

Rzecz jasna, samo manipulowanie informacją w celu wywołania celowych i użytecznych zmian w poglądach czy (jeszcze częściej) emocjach decydentów i/lub opinii publicznej, ewentualnie innych, wybranych nieprzypadkowo zbiorowości ludzkich (oddziały wojskowe, ludność oblężonego miasta, etc.), nie jest w historii polityki i wojny niczym nowym. Nie jest jednak kwestią przypadku, że to od początku XX wieku można łatwo zaobserwować wyraźne nasilanie się tego zjawiska; celowo zmanipulowany przekaz informacyjny, mający w przeszłości charakter narzędzia co najwyżej „uzupełniającego”, bardzo szybko stał się w tej epoce „bronią” samodzielną i niezwykle atrakcyjną. Jak pisze Darin Barney: „Nowe formy polityki są (…) politykami walczącymi o zarządzanie informacjami i kontrolę w przestrzeni opanowanej przez media komunikacyjne, jako niezbędne warunki wstępne dla dostępu do bardziej materialnych form władzy. Polityka z tej perspektywy staje się formą współzawodnictwa o definiowanie kryteriów dyskursu publicznego oraz symbolicznych i kulturowych kodów (…).”[6] Powodem opisywanej zmiany jest oczywiście przede wszystkim znaczący rozwój środków masowego przekazu, zarówno jakościowy, jak i ilościowy.

Warto przypomnieć, że jeszcze w końcowych dekadach XIX stulecia media (przede wszystkim gazety, osiągające wtedy coraz większe nakłady i doskonalące kanały dystrybucji) docierały jednak do relatywnie małego odsetka populacji. Istotną barierą były nie tylko kwestie techniczne, ale również relatywnie wysoki odsetek analfabetów w ówczesnych społeczeństwach, nawet w krajach przodujących w rozwoju cywilizacyjnym. Oprócz obiegu informacji medialnych, współistniejącego z oddziaływaniem kina, literatury i teatru (też dostępnych dlo elity, jeszcze węższej niż w przypadku prasy), istniał jednak „od zawsze” trudno uchwytny  obieg nieformalny, sfera plotek, legend i szeptanych opinii potocznych, przenoszonych przez podróżników, kupców czy włóczęgów.[7] Tu także próbowano dopuszczać się manipulacji, acz zazwyczaj było to możliwe na relatywnie niewielką skalę, raczej w wymiarze taktycznym, niż operacyjnym czy strategicznym. Istotnym ograniczeniem było dość powolne rozprzestrzenianie się informacji w ówczesnych warunkach technicznych i demograficznych (niska przeciętna gęstość zaludnienia, ograniczona mobilność) oraz na jej istotne zniekształcenia przy przekazywaniu metodą „z ust do ust”.[8]

Kolejne wynalazki, wdrażane w dwudziestym stuleciu – radio, telewizja, a wreszcie Internet – wyznaczyły etapy zmian w środowisku technologicznym i społecznym, w którym rozgrywa się manipulacja informacją. Zniknęły ograniczenia techniczne; de facto cała ludzkość ma obecnie dostęp do środków masowego przekazu. Duża – i stale rosnąca – część społeczeństw, szczególnie w krajach wysokorozwiniętych, czerpie swoją wiedzę o świecie i wyrabia sobie opinie na różne tematy właśnie w oparciu o media[9]. W wiekach minionych w tej roli występowało zazwyczaj własne, konkretne doświadczenie, przekaz rodzinny czy bezpośrednie konsultacje w gronie znajomych – a potem, w znacznym stopniu, formalne wykształcenie zdobywane w kontrolowanych przez państwo szkołach i uczelniach. „Polityka w tym kontekście staje się w mniejszym stopniu praktyką publicznego osądzania i działania, co zajęciem o charakterze profesji public relations, które polega na przebiegłym handlowaniu i puszczaniu w obieg wysoce zakodowanych przekazów, z wykorzystaniem skomplikowanych technologii gromadzenia i rozpowszechniania informacji”.[10] Rzecz jasna, to zdanie jest prawdziwe również w odniesieniu do współczesnej polityki bezpieczeństwa. W konfliktach asymetrycznych – można nawet zaryzykować tezę, że „szczególnie prawdziwe”.

Wspomniany tu w najogólniejszym możliwym zarysie dynamiczny rozwój mediów, tzw. „nowych mediów”[11], oraz „nowych, nowych mediów”[12] tworzy fantastyczny, niespotykany wcześniej w dziejach ludzkości, grunt pod medialne manipulacje na wielką skalę. Podaż, czyli techniczne możliwości manipulowania – spotykają się bowiem z popytem, czyli wielką liczbą ludzi, gotowych do tego by być manipulowanymi; ba, nawet oczekującymi aktywności ze strony manipulatorów (choć oczywiście, większość z nas nie jest skłonna się do tego przyznawać; często nawet przed samym sobą).

Tymczasem stopień komplikacji przekazu medialnego stale rośnie, zarówno ilościowo jak i jakościowo. Mediatyzacją (a wiec i manipulacją, w stopniu żaleznym od potencjalnych zysków politycznych i ekonomicznych) obejmowane są kolejne dziedziny życia, w tym takie, które wcześniej (w warunkach raczej konserwatywnej komunikacji, rozgrywającej się wewnątrz bliskiego kręgu osób o podobnej wiedzy i zainteresowaniach) w ogóle nie istniały w świadomości ludzkiej. Ten gwałtownie narastający zalew danych, nieuporządkowanych i budzących grozę, rodzi pokusę by czerpać z mediów gotowe wnioski i konkluzje, zaś rzetelną analizę informacji pozostawić pośrednikom. Taka operacja, z dość oczywistych powodów, wymaga skutecznego zastosowania autosugestii, budującej nasze zaufanie względem owych „pośredników”, tak co do ich kompetencji, jak i dobrej woli. Bardzo często dokonuje się to na podstawie sympatii do konkretnego medialnego celebryty lub do partii politycznej, autoryzującej przekaz medialny pośrednio lub bezpośrednio.

Tak uspokojeni przez samych siebie, otrzymujemy „do wierzenia” wygodne „prawdy”, w dodatku od razu (cóż za psychiczny komfort!) dopasowane do naszych wcześniejszych poglądów, wierzeń i sympatii. Korzystanie z takich uproszczonych, gotowych „fastfoodów informacyjnych” to zapewne nie tylko lenistwo, lecz w jakimś stopniu jednak konieczność. Nikt nie jest w stanie samodzielnie analizować, w sposób choćby w miarę rzetelny, zalewu informacji z różnych dziedzin. Rzecz jednak w zachowaniu (lub wyćwiczeniu) elementarnych odruchów krytycyzmu.

Jest on niezbędny w sytuacji, gdy po raz pierwszy w historii ludzkości zasadniczym problemem przestał być dostęp do informacji. A przecież przez stulecia to chęć zdobycia informacji, zwłaszcza tych ważnych dla zaspokojenia fundamentalnych potrzeb, przetrwania i rozwoju, skutecznie napędzała machiny czy instytucje indywidualnej i zbiorowej aktywności ludzkiej, od edukacyjnych po np. wywiadowcze.

Tymczasem, w naszej epoce (po raz pierwszy w historii cywilizacji) najważniejszym wyzwaniem zaczął być nadmiar informacji. Wspomniane przed chwilą struktury, które najogólniej można nazwać „służbami specjalnymi”, zareagowały na tę zmianę. Nie bez oporów i nie od razu, ale jednak: o ile jeszcze sto lat temu służby te koncentrowały się głównie na zdobyciu informacji niejawnej, dziś znacznie rozszerzyły swoją działalność, przyznając coraz większe znaczenie pozyskiwaniu informacji także z tzw. źródeł otwartych[13], ale przede wszystkim – analizie, opracowaniu i gromadzeniu ogromnej ilości danych, a następnie wykorzystaniu ich w sposób ofensywny, także dla dezinformacji i manipulacji na dużą skalę. Nieprzypadkowo termin „inspiracja” zrobił swoistą karierę w języku, którym posługują się profesjonaliści[14].

Z kolei współczesne systemy i instytucje edukacyjne, jak się wydaje, generalnie przegapiły ową fundamentalną zmianę. Wciąż preferują uczenie, polegające na dostarczaniu przez „autorytet” zestawu danych do zapamiętania, nie zaś na ćwiczeniu odruchowej umiejętności nieprzypadkowej selekcji, a następnie krytycznej analizy bardzo dużej liczby napływających zewsząd informacji, w celu tworzenia własnych, elastycznych i efektywnych modeli oraz syntez.

Nieco tylko upraszczając, można by powiedzieć, że w całkiem jeszcze nieodległej przeszłości (na tyle nieodległej, że wielu ludziom wciąż jeszcze mylącej się z teraźniejszością), szkoły różnych szczebli miały spełnić dwie podstawowe funkcje:

– „socjalizować” ucznia zgodnie z duchem i wymogami epoki, a więc wpoić mu przekonanie o bezalternatywności „panującego” ustroju społecznego, systemu wartości i autorytetów, przy okazji także ucząc stosownych reguł funkcjonowania w grupie, dyscypliny, etc.

– dostarczyć uczniowi pewnego kwantum wiedzy (informacji i umiejętności), uprzednio starannie zweryfikowanej, a potem odpowiednio skonfigurowanej i przećwiczonej, która miała z delikwenta uczynić „fachowca” i pożytecznego członka społeczeństwa.

Był to program wymuszony przez realia. Skąd niby, jeśli nie ze „szkolnego” źródła, miał czerpać niezbędne mu informacje przeciętny Europejczyk czy Amerykanin w wieku XIX czy XX? Krąg rodzinno-towarzyski, dosyć efektywny w roli quasi-szkoły przez stulecia feudalizmu, w tej epoce był w stanie (z reguły) dostarczyć niezbędnych kwalifikacji już tylko w minimalnym stopniu. Niezbędny stał się cały, coraz bardziej skomplikowany i długotrwały, cykl edukacji[15]. Głównym wyzwaniem podczas trwania owego cyklu było dostarczenie uczniom możliwie wielu mniej czy bardziej pożytecznych informacji, a następnie wyegzekwowanie ich przyswojenia na pamięć. Ta, znienawidzona przez wielu, „pamięciowość” uczenia miała jednak swój sens. Po pierwsze, w warunkach relatywnie ograniczonego fizycznego dostępu do książek, zakamarki ludzkiej pamięci musiały niejednokrotnie zastępować bibliotekę. Żołnierz na polu bitwy, agronom na prowincji, geolog prowadzący prace terenowe, a nawet lekarz, nauczyciel czy duchowny w małym mieście nie zawsze mogli liczyć na to, że odnajdą lub sprawdzą w odpowiedniej książce niezbędne informacje; musieli więc je pamiętać, nawet długie lata po zakończeniu edukacji. Po drugie, niezbędna w procesie uczenia pamięciowego dyscyplina i samodyscyplina świetnie wpisywała się w paradygmat społeczny, charakterystyczny dla epoki przemysłowej. Wszak najpowszechniejsze i podstawowe instytucje owej epoki, takie jak masowa armia, wielka fabryka, rozbudowany urząd czy organizacja społeczno-polityczna także wymagały od większości wkomponowanych w nie jednostek dużej dozy dyscypliny i samodyscypliny, gotowości rzetelnego i starannego wykonywania powtarzalnych czynności bez wnikania w ich ostateczny sens i celowość, ślepego podporządkowania się formalnym autorytetom, etc. Z oczywistych przyczyn, także techniczno-logistycznych, masowa edukacja musiała więc być organizowana w sposób możliwie „skoszarowany”[16].

Pomimo pozornych zmian, nierzadko ograniczonych do sfery werbalno-deklaratywnej, ten model szkoły trwa i ma się zupełnie dobrze, co zresztą wciąż mało kogo dziwi i zastanawia – tymczasem w dobie Internetu (i szerzej, tak zwanego społeczeństwa informacyjnego) fundamentalnej zmianie uległy dwa czynniki, wokół których i wskutek których był tworzony.

Po pierwsze, zniknęły lub uległy ograniczeniu techniczne przyczyny, dla których uczniów trzeba było koniecznie i permanentnie zbierać w jednym gmachu o określonych godzinach. Owszem, miało to sens póki jedynym lub zasadniczym nośnikiem informacji był dla nich głos nauczyciela, zaś podstawową pomocą naukową eksponat fizycznie obecny w klasie, tudzież książki, fizycznie dostępne wyłącznie w szkolnej bibliotece. Dziś, jakby to obrazoburczo nie zabrzmiało, żaden z tych elementów nie jest już bezwzględnie istotny. Owszem, trudno proponować całkowitą rezygnację z osobistego kontaktu „nauczyciel-uczeń”; równie trudno jednak bezkrytycznie trwać przy poglądzie, że permanentny kontakt bezpośredni jest im w procesie edukacyjnym niezbędny. Tym bardziej, że kolejne pokolenia – jak wiele wskazuje – lepiej radzą sobie z kontaktami międzyludzkimi via Internet, niż face to face.

Po drugie, znacznemu zróżnicowaniu uległy zadania, do których kształceni są „klienci” systemu edukacyjnego. Przez mniej-więcej dwa lub trzy stulecia pewien zestaw kwalifikacji społecznych, „wgrywanych” uczniom przez szkołę, pozostawał uniwersalnie przydatny dla znakomitej większości ról, które w przyszłości ludzie ci mieli wypełniać. Podobnie uniwersalna była podstawowa wiedza merytoryczna w dziedzinie matematyki, nauk przyrodniczych, języków czy geografii. Dzisiaj, w dobie rosnącej specjalizacji, oba powyższe stwierdzenia zdają się coraz mniej przystawać do realnych potrzeb rynku edukacji i rynku pracy[17]. Ujmując rzecz najprościej, dziś coraz częściej o indywidualnym sukcesie wykształconej jednostki (a więc o jej zdolności do zapewnienia sobie bezpieczeństwa oraz satysfakcjonującej pozycji społeczno-ekonomicznej) decydują dwie cechy, tylko pozornie nie całkiem spójne:

  • posiadanie możliwie specyficznych kompetencji merytorycznych, w tym szczegółowej wiedzy w relatywnie wąskiej dziedzinie (dziedzinach) i umiejętności funkcjonowania w specyficznym, niestandardowym otoczeniu;
  • zdolność samodzielnego i bardzo szybkiego dokonywania analiz i syntez, opartych na wyodrębnieniu z „chaosu informacyjnego” optymalnych danych, ich krytycznej ocenie, niestandardowym zestawieniu i twórczym wykorzystaniu.

Czy „skoszarowany”, tradycyjny system hierarchicznej edukacji jest w stanie – pomimo mniej czy bardziej sensownych reform – przygotować jednostkę do spełnienia takich wymogów? Wątpliwe. Dziś na wielką skalę mamy do czynienia z sytuacją, w której miliony ludzi na całym świecie (poza enklawami) poddają się dwóm odrębnym procesom edukacyjnym.[18]

Pierwszy z nich, który roboczo można określić mianem „konwencjonalnego”, prowadzi od szkoły elementarnej po magisterium (w niektórych przypadkach także po doktorat, habilitację czy profesurę). Proces ów daje pewną mniej czy bardziej (z czasem, niestety, raczej coraz mniej) użyteczną podbudowę merytoryczną – a przede wszystkim dyplom, który jeszcze, w znacznym stopniu „siłą rozpędu”, otwiera pewne drzwi czy stanowi niezbędny warunek ubiegania się o różne stanowiska.

Proces drugi, chaotycznie dokonujący się równolegle, dostarcza kwalifikacji realnych, a nie tylko zwyczajowych atrap. To, czego nie jest w stanie nauczyć szkoła różnych szczebli – to zmuszona życiową koniecznością jednostka zdobywa gdzie indziej. W obiegu prywatno-towarzyskim, na specjalistycznych portalach internetowych, na kursach opłacanych prywatnie albo (coraz częściej) na szkoleniach, organizowanych i finansowanych przez zakłady pracy, szczególnie te wielkie i transnarodowe. One bowiem mają i niezbędne środki, i strategicznie uświadomioną potrzebę wyręczania tradycyjnego organizatora procesów edukacyjnych, jakim przez ostatnie stulecia było (względnie: starało się być) tzw. państwo narodowe.[19] One – nieco upraszczając – po prostu wychowują sobie i kształcą takich pracowników czy menedżerów, jacy są im potrzebni, a nie takich, jakich chcą kształcić podmioty zewnętrzne. I od razu warto zastrzec – nie chodzi tu bynajmniej tylko o kwestie merytoryczne (bo odpowiednie profilowanie zapewne łatwiej i taniej byłoby korporacjom zamówić na państwowych czy prywatnych uczelniach). Istotniejsze są „wgrywane” w procesie edukacji cechy społeczne i przede wszystkim systemy wartości, w tym dominujący kierunek lojalności. Można domniemywać, że prędzej czy później rynek wymusi konwergencję wyżej wspomnianych systemów edukacji, albo też doprowadzi do atrofii słabszego z nich.

Czy i w jakiej skali wpłynie to na jakość edukacji, jest rzeczą dyskusyjną – zapewne jednak znacznie zmieni się jej instytucjonalny krajobraz, do którego przywykliśmy. Zmienią się też proporcje treści, uznawanych za istotne w procesie edukacji podstawowej. Na przykład: szczegółowe informacje o budowie układu trawiennego zająca, o wydobyciu węgla w USA w roku 1987, o intencjach poety piszącego „Sonety Krymskie” oraz o datach historycznych bitew będą pewnie musiały ustąpić miejsca umiejętnościom posługiwania się bazami danych, umiejętnościom logicznym, a także wiedzy o rodzajach nośników danych; do tego wszystkiego dojdzie nacisk na techniczną sprawność w obsłudze kolejnych generacji interfejsu.[20]

W debacie, dotyczącej postulowanych przez niektóre środowiska akademickie jakościowych zmian w edukacji, w obliczu coraz bardziej chaotycznego i coraz agresywniejszego środowiska informacyjnego, dość często padają dwa argumenty na rzecz właściwej relacji pomiędzy obecnym systemem, a efektywnością funkcjonowania jego absolwentów w życiu społecznym[21]. Pierwszy z nich opiera się na przekonaniu, że coraz lepiej wykształcone społeczeństwo staje się automatycznie coraz odporniejsze na manipulację; drugi wskazuje natomiast, że interaktywny, zdecentralizowany i konkurencyjny charakter najpotężniejszych współczesnych mediów sam w sobie stanowi barierę przeciwko manipulacji przekazem.

Prawda jest jednak inna. Wykształcenie rzeczywiście jest dostępne dla coraz wyższego odsetka globalnej populacji, jednak ilość nie przekłada się automatycznie na jakość – raczej, wręcz przeciwnie. W dodatku nawet rzetelne wykształcenie miewa (siłą rzeczy) charakter coraz bardziej „cząstkowy” i utylitarny, tzn. czyni z „wykształconych” nawet niezłych fachowców w bardzo wąskiej dziedzinie, przy ich całkowitej niezdolności do intelektualnego zmierzenia się z kwestiami spoza niej.[22] „Interaktywność” zaś – zwłaszcza wobec sygnalizowanej, niskiej kompetencji wielu uczestników sieci komunikacyjnej – staje się fikcją. Realnie korzysta z niej, w sposób znaczący dla swoich ważnych interesów, zdecydowana mniejszość indywidualnych podmiotów rynku medialnego. Większość wciąż pozostaje biernymi konsumentami przekazu[23], a w najlepszym razie przejawia aktywność jedynie w tworzeniu informacji nieistotnych lub adresowanych do wąskiego kręgu odbiorców.

Manipulacja polityczna w tych warunkach jest więc nie tylko możliwa, ale i łatwiejsza niż niegdyś, w czasach tradycyjnych mediów, oddziałujących jednokierunkowo (TV, radio, prasa); jest też znacznie skuteczniejsza i trudniejsza do wychwycenia.

„Demokracja zawsze koncentrowała się polityce perswazji, a polityka rozumiana jako manipulacja dyskursem publicznym jest głęboko zakorzeniona w starożytnych źródłach tego sposobu rządzenia, w którym władza wymaga posiadania umiejętności retorycznej (…), zaś profesjonaliści (…) w tej dziedzinie byli najbardziej wpływowi” – zauważa D. Barney – „Współcześnie zdolność do kształtowania dyskursu publicznego i wpływania nań za pomocą komunikacji pozostaje kluczowa dla zdobycia władzy i utrzymania wpływu, mimo, że dawne polis zostało zastąpione przez 24-godzinne kanały telewizyjne, a ateńskich sofistów zastąpili ankieterzy, specjaliści od wizerunku, eksperci, rzecznicy (…).”[24] Nietrudno zauważyć, że stwierdzenia te odnoszą się dziś także do sfery polityki bezpieczeństwa.

Główni aktorzy tej polityki, czyli podmioty, które kiedyś stosowały otwartą przemoc, jak armie, ewentualnie zakulisowe naciski i szantaże, adresowane do decydentów bezpośrednio, jak dyplomacje i służby specjalne – dziś manipulują opinią publiczną – a więc pośrednio także decydentami, coraz bardziej zapatrzonymi w sondaże i coraz bardziej uzależnionymi od bieżących wahnięć nastrojów społecznych. Przynajmniej w krajach demokratycznych, co warto odnotować i co odnotowują na przykład specjaliści rosyjscy, którzy dostrzegają różnice w skuteczności blefu i manipulacji w relacjach z Chinami i z USA czy UE. Wspomniany na wstępie casus Wikileaks poszerzył listę potencjalnych „agresorów informacyjnych” o aktorów niepaństwowych; kto wie, czy to nie oni, z różnych względów, staną się zresztą na tej arenie graczami kluczowymi.

Rozważając relacje pomiędzy bezpieczeństwem wielkich zbiorowości ludzkich a poziomem i charakterem ich edukacji, trzeba przynajmniej – choć na koniec – zasygnalizować kwestię realnych interesów tych, którzy na kształt systemów edukacyjnych mają przemożny wpływ (polityków, urzędników, „zamawiających” i lobbystów z sektora prywatnego, etc.). Nietrudno dostrzec, że niekoniecznie muszą być oni altruistami, i niekoniecznie muszą być zainteresowani w realnym podnoszeniu poziomu edukacji w skali masowej. Wszak ludźmi gorzej wykształconymi (i w dodatku absolutnie nie zdającymi sobie sprawy ze swych niedostatków!) znacznie łatwiej się manipuluje. Wszystko jedno, czy w celach ekonomicznych (reklama i sprzedaż), czy politycznych (kampania wyborcza lub konflikt społeczny).

W efekcie znaczna większość współczesnych społeczeństw nie jest wystarczająco przygotowana do stawienia czoła nowym jakościowo zagrożeniom.

Witold Sokała


Przypisy

[1] Zob. m.in. w: M. Howard, Wojna w dziejach Europy, Wyd. Ossolineum, Wrocław 2007; G. Parker (red.). Historia sztuki wojennej. Od starożytności do czasów współczesnych, Wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 2008.
[2] Szerzej na ten temat, zob. m.in. w: K. Liedel, P. Piasecka, T.R. Aleksandrowicz, Analiza informacji. Teoria i praktyka, Wydawnictwo Difin, Warszawa 2012, zwł. s. 15-32. Zob. także, m.in.: T. Goban-Klas, P. Sienkiewicz, Społeczeństwo informacyjne: szanse, zagrożenia, wyzwania, Wydawnictwo Fundacji Postępu Telekomunikacji, Kraków 1999 oraz w: G. Nowacki (red.), Informacja w walce zbrojnej: materiały z sympozjum naukowego, Akademia Obrony Narodowej, Warszawa 2002.
[3] Termin taki proponowałem już w tekście pt. Strategie medialne w konfliktach asymetrycznych, w: K. Liedel, S. Mocek (red.), Terroryzm w medialnym obrazie świata, Wyd. TRIO, Warszawa 2010, s. 45 i nast.; spotykany jest najczęściej w odniesieniu do roli mediów w gospodarce, m.in. w kontekście giełdy; zob. np.: P. B. Farrell, Just Surrender to Wall Street’s Weapons of Mass Manipulation, MarketWatch, 30.01.2007, na: http://www.foxnews.com/story/0,2933,248590,00.html, dostęp 31.01.2014 – ale zapewne kwestią czasu są kolejne próby wprowadzenia go do dyskursu politologicznego.
[4] Zob. między innymi informacje i komentarze na specjalistycznym portalu niwserwis.pl: np. http://www.niwserwis.pl/artykuly/wikileaks-co-juz-wiemy-o-przecieku, dostęp 30.01.2014.
[5] A. Bard, J. Soederqvist, Netokracja. Nowa elita władzy i życie po kapitalizmie, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2006, s. 216.
[6] D. Barney, Społeczeństwo sieci, Wyd. Sic!, Warszawa 2008, s. 144.
[7] Zob. na ten temat także: A. Bard, J. Soederqvist, Netokracja (…), dz. cyt., s. 175-178.
[8] H. Królikowski, Historia działań specjalnych. Od wojny trojańskiej do II wojny światowej, Wyd. Bellona, Warszawa 2004; także w: M. Howard, Wojna (…), dz. cyt., G. Parker (red.). Historia sztuki wojennej (…), dz. cyt.
[9] Manuel Castells podkreśla, iż media elektroniczne stały się „uprzywilejowaną przestrzenią polityki”. Z powodu „efektu konwergencji tradycyjnych systemów politycznych i dramatycznego, coraz większego rozprzestrzenienia się nowych mediów”, sfera komunikacji i informacji w polityce stała się tożsama z „przestrzenią mediów”. Poza nią znajduje się – nie bez racji twierdzi Castells – jedynie polityczny margines; zob. w: The Power of Identity, Blackwell, Oxford 1997, s. 311.
[10] D. Barney, Społeczeństwo sieci, dz. cyt., s. 145. Zob. także: M. Castells, The Power of Identity, dz. cyt., s. 211 i nast.
[11] Szerzej na ten temat, zob. m.in. w: Z. Bajka, Historia mediów, Wyd. ABCmedia, Kraków 2008 oraz T. Goban-Klas, Media i komunikowanie masowe – teoria i analizy prasy, radia, telewizji i Internetu, Wydawnictwo PWN, Warszawa 2004.
[12] Pojęcie wprowadzone przez P. Levinsona, dla opisania szczególnie dynamicznych mediów społecznościowych kolejnej generacji – zob. tegoż, Nowe nowe media. Rewolucja w komunikacji, Wydawnictwo WAM, Warszawa 2010.
[13] Zob. szerzej: K. Liedel, T. Serafin, Otwarte źródła informacji w działalności wywiadowczej, Wyd. Difin, Warszawa 2011.
[14] Szerzej na ten temat m.in. w: M. Herman, Potęga wywiadu, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2002, S. Zalewski, Służby specjalne w państwie demokratycznym, Akademia Obrony Narodowej, Warszawa 2002 oraz R. Faligot, R. Kauffer, Służby specjalne. Historia wywiadu i kontrwywiadu na świecie, Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 2006.
[15] Na temat tych zależności (oraz ich schyłku) zob. m.in. w: G. Friedman, Następne 100 lat. Prognoza na XXI wiek, Wyd. AMF Plus Group, Warszawa 2009, s.71-73.
[16] Ciekawa analiza paradygmatu edukacji epoki przemysłowej, zob. m.in. w: A. Bard, J. Soederqvist, Netokracja (…), dz. cyt., s. 47 i nast. oraz 216 i nast..
[17] Szerzej na ten temat, m.in. w: L. H. Haber (red.), Społeczeństwo informacyjne. Wizja czy rzeczywistość? II ogólnopolska konferencja naukowa, Wydawnictwo Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, Kraków 2004 oraz L. Zacher, Transformacje społeczeństw od informacji do wiedzy, Wydawnictwo C.H.Beck, Warszawa 2007.
[18] Zob. w tej kwestii: M. Gawrońska-Garstka, A. Zduniak (red.), Edukacja nieustająca wyzwaniem społeczeństwa informacyjnego (t. I-III), Wydawnictwo Wyższej Szkoły Bezpieczeństwa w Poznaniu, Poznań 2010 oraz U. Beck, E. Grande, Europa kosmopolityczna. Społeczeństwo i polityka w drugiej nowoczesności, Wydawnictwo Naukowe SCHOLAR, Warszawa 2009, s. 181 i nast.
[19] Interesujące omówienie problemu, m.in. w: J. Golinowski, Perspektywa porządku postpolitycznego. W stronę technologii władzy, Oficyna Wydawnicza ASPRA-JR, Warszawa 2007.
[20] Zob. szerzej na ten temat: A. Siwik, L. H. Haber (red.), Od robotnika do internauty – w kierunku społeczeństwa informacyjnego, Wydawnictwo Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, Kraków 2008 oraz A. Bard, J. Soederqvist, Netokracja (…), dz. cyt., s. 233 i nast.
[21] Zob. m.in. w: M. Gawrońska-Garstka, A. Zduniak (red.), Edukacja nieustająca(…), dz. cyt., t. III, s. 61 i nast.
[22] U. Beck, E. Grande, Europa kosmopolityczna.(…). dz. cyt., s. 181 i nast.
[23] Wątek poruszany już (w nieco innym kontekście) w: W. Sokała, Strategie medialne w konfliktach asymetrycznych, w: K. Liedel, S. Mocek (red.), Terroryzm w medialnym obrazie świata, Wyd. TRIO, Warszawa 2010, s. 45 i nast.; por. Także D. Barney, Społeczeństwo sieci, dz. cyt., s. 158 i nast. oraz M. Castells, The Internet Galaxy: Reflections on the Internet, Business and Society, Oxford University Press, Oxford 2001, s. 89 i nast. Przywoływani wcześniej A. Bard i J. Soederqvist nazywają współczesną klasę biernych konsumentów przekazu „konsumtariatem”, wskazując tym samym na oczywistą analogię do klasy upośledzonej społecznie, ekonomicznie i politycznie w systemie „przedinformacjonalistycznym”:, czyli w kapitalizmie; zob. Netokracja (…), dz. cyt.
[24] D. Barney, op.cit., s. 145.


Bibliografia

  • Bajka Z., Historia mediów, Wydawnictwo ABCmedia, Kraków 2008.
  • Bard A., Soederquist J., Nowa elita władzy i życie po kapitalizmie, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2006.
  • Barney D., Społeczeństwo sieci, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2008.
  • Beck U., Grande E., Europa kosmopolityczna. Społeczeństwo i polityka w drugiej nowoczesności, Wydawnictwo Naukowe SCHOLAR, Warszawa 2009.
  • Castells M., The Internet Galaxy: Reflections on the Internet, Business and Society, Oxford Univ. Press, Oxford 2001.
  • Castells M., The Power of Identity, Blackwell, Oxford 1997.
  • Gawrońska-Garstka M., Zduniak A. (red.), Edukacja nieustająca wyzwaniem społeczeństwa informacyjnego (t. I-III), Wydawnictwo Wyższej Szkoły Bezpieczeństwa w Poznaniu, Poznań 2010.
  • Golinowski J., Perspektywa porządku postpolitycznego. W stronę technologii władzy, Oficyna Wydawnicza ASPRA-JR, Warszawa 2007.
  • Howard M., Wojna w dziejach Europy, Wyd. Ossolineum, Wrocław 2007.
  • Liedel K., Mocek S. (red.), Terroryzm w medialnym obrazie świata, Wydawnictwo TRIO, Warszawa 2010.
  • Liedel K., Piasecka P., Aleksandrowicz T. R., (red.), Bezpieczeństwo w XXI wieku. Asymetryczny świat, Difin, Warszawa 2011.
  • Liedel K., Piasecka P., Aleksandrowicz T. R., Analiza informacji. Teoria i praktyka, Difin, Warszawa 2012.
  • Liedel K., Piasecka P., Aleksandrowicz T. R., (red.), Analiza informacji w działaniu, Difin, Warszawa 2012.
  • Parker G. (red.). Historia sztuki wojennej. Od starożytności do czasów współczesnych, Wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 2008.
  • Pietrowicz K., Stankiewicz P. (red.), Za kulisami. Szkice o władzy, interesach i bezpieczeństwie, Zysk i S-ka, Poznań 2012.
  • Thompson J.B., Skandal polityczny, PWN, Warszawa 2010.
  • Toffler A., Toffler H., Wojna i antywojna, Kurpisz, Poznań 2006.
  • Wnuk-Lipiński E., Świat międzyepoki. Globalizacja, demokracja, państwo narodowe, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2004.