201609.18
Kategoria Publikacje

Czy Rosja jest w stanie wykorzystać polską mniejszość na Litwie do wojny hybrydowej?


Witold Janczys

Czy Moskwa może wykorzystać polską i rosyjską mniejszość na Litwie i Wileńszczyźnie, jako narzędzie do wojny hybrydowej? Czy Polacy mogą opowiedzieć się za polityką Kremla? Wbrew pozorom łatwej odpowiedzi na to pytanie nie ma, proponuję spojrzeć na problem z dystansu zanim damy się unieść emocjom.

Z oficjalnych litewskich danych wynika, że około 200 tys. mieszkańców Litwy deklaruje polską narodowość, rosyjską – 177 tys. Nieoficjalnie jednak liczba Polaków sięga prawie 300 tys., Rosjan ponad 200 tys. z łącznie 2,9 mln mieszkańców Litwy.

Na Litwie działa rozbudowany system szkolnictwa polskiego, interesów Polaków broni polska partia AWPL-ZChR (Akcja Wyborcza Polaków na Litwie-Związek Chrześcijańskich Rodzin), która liczy 8 posłów w 141 osobowym Sejmie. Istnieją liczne zespoły ludowe znane daleko poza granicami kraju, grupy, które wykonują współczesną muzykę, kilka teatrów, jest również prasa polskojęzyczna i rozgłośnia radiowa. W Europarlamencie polska mniejszość na Litwie ma swego reprezentanta – ją i zarazem Litwę reprezentuje Waldemar Tomaszewski, lider AWPL-ZChR.

Polacy, którzy mieszkają na Litwie są wierni swojej polskości i jednocześnie lojalni wobec kraju, w którym mieszkają. Niestety mają żal do Litwy, ponieważ litewskim politykom wcale się nie śpieszy dostosować do norm Unii Europejskiej, dotyczących mniejszości narodowych. Dotychczas nie ma na przykład ustawy o mniejszościach narodowych, wiele kontrowersji wzbudziła reforma oświaty, na skutek której, mimo ostrego sprzeciwu Polaków zamknięto kilka polskich szkół, następnych kilka zreorganizowano. Zrezygnowano z egzaminu z języka ojczystego, czyli polskiego, jako obowiązkowego egzaminu maturalnego. Równie krzywdzące okazały się skutki reformy zwrotu ziemi, podczas której wielu prawowitych właścicieli Polaków musiało bezskutecznie dowodzić swoich praw do ziemi. Znamienne jest, że najczęściej kłopoty mieli ci, którzy ubiegali się o zwrot ziemi w Wilnie bądź rejonie wileńskim. Kolejnym nierozwiązanym problemem jest kwestia pisowni nazwisk i dwujęzycznych polsko-litewskich tabliczek z nazwami ulic w miejscowościach, w których przeważa polska ludność.

litwa_graf

© Fundacja Po.Int by Witold Janczys

Ani Sejm Litwy ani rząd przez szereg lat nie potrafili dojść do wspólnego mianownika z reprezentującą polską mniejszość partią AWPL-ZChR. Niezbyt przyjaznym krokiem ze strony władz Litwy w kierunku litewskich Polaków okazało się ustanowienie 5 proc. progu wyborczego, który muszą pokonać partie, aby dostać się do Sejmu. O ile duże partie o krajowym zasięgu większych kłopotów z progiem wyborczym zazwyczaj nie mają, polska partia za każdym razem mierzy się z poważnym wyzwaniem. Wprowadzenie progu wyborczego i potrzeba pokonania go zmusiło działaczy AWPL-ZCHR do sojuszu z politykami reprezentującymi interesy mniejszości rosyjskiej. Mimo że Rosjanie są zazwyczaj lojalni wobec Litwy, niektórzy z nich demonstrują jednak prorosyjskie sympatie. Waldemar Tomaszewski – lider AWPL-ZChR, aby zaskarbić sobie przychylność wyborców-Rosjan paradował z „georgijewską wstążką” (Order św. Jerzego) w klapie marynarki.

Wiele miejsc na listach wyborczych, zarówno w minionych jak i obecnych wyborach (które odbędą się na Litwie w październiku), zajmują działacze i społecznicy rosyjskich partii, z którymi AWPL-ZChR zawarło sojusz. Gest Tomaszewskiego skierowany w stronę Rosjan spotkał się z dezaprobatą Litwinów i części litewskich Polaków, którym przymilanie się Kremlowi bardzo się nie spodobało. Władze Litwy oskarżyły wręcz Tomaszewskiego o współpracę z Rosjanami oraz kolaborowanie z Kremlem. Podobne oskarżenia padły ze strony niektórych publicystów i polityków zarówno w Polsce jak i na Litwie. Niestety nawet podczas obecnych wyborów do Sejmu większość litewskich partii nie ma dobrych pomysłów jak zawalczyć o głosy polskich wyborców;  z kolei AWPL-ZChR walczy o głosy piętnując macoszy stosunek władz Litwy wobec Polaków.

Polityczna aktywność i dryf AWPL-ZChR w kierunku rosyjskim zaowocował tym, że polskie nazwisko znalazło się na czarnej liście litewskiej służby bezpieczeństwa. Uznała ona, że była wiceminister Energetyki (z ramienia AWPL w koalicji rządzącej) Renata Cytacka może stanowić zagrożenie dla państwa litewskiego. Sama Cytacka twierdzi, że litewskie służby uznały ją za zagrożenie dla państwa z powodu jej zaangażowania się w obronę polskiego szkolnictwa na Litwie przed szkolną reformą, którą, jak już wspomniałem, wdraża w życie Ministerstwo Oświaty i Nauki.

„Soft Power” Kremla uderza w Polaków

Kolejnym poważnym problem z którym zmagają się Polacy – mieszkańcy Wileńszczyzny jest „soft power” Kremla. Cóż, że wielu z nich, uczciwych pracowników zakładów, menedżerów czy nauczycieli nie ma pojęcia o tym czym jest rosyjska „soft power”, skoro i tak doświadczają jej prawie codziennie.

Wystarczy posłuchać tego, co mówią i jak posługują językiem polskim na co dzień na ulicach Wilna miejscowi Polacy. Polska mowa przeplata się ze zdaniami po rosyjsku, język rosyjski coraz częściej zastępuje litewski. Im bliżej granicy z Białorusią, tym częściej słyszy się rozmowy w języku rosyjskim. Dla tych, którzy przyjeżdżają z Polski za tym zjawiskiem wydaje się niestety kryć mentalność.

„Soft power” Kremla każdego wieczoru wdziera się do domów mieszkańców Litwy i Wileńszczyzny w postaci atrakcyjnej rosyjskiej masowej kultury, rosyjskich kanałów telewizyjnych, portali internetowych i rosyjskiej prasy, które są o wiele bardziej atrakcyjne niż te, co serwują rodzime polskie czy nawet litewskie media.

Często jest niestety tak, że nauczyciele w polskich szkołach posługują się taką wykoślawioną przez język rosyjski i litewski polszczyzną w szkołach. Wcale nie budzi optymizmu wiek pracowników polskich placówek oświatowych, kadra pedagogiczna starzeje się. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że odsetek młodych Polaków, którzy po studiach podejmują pracę w polskich szkołach jest raczej znikomy. Nie mówię tu o samych polonistach, nie… dzieci się uczą nie tylko polskiego. Uczą się chemii, matematyki, geografii, historii, fizyki, biologii, a przecież gdy zabraknie nauczycieli Polaków te szkoły będą zatrudniać pedagogów Litwinów, Rosjan czy też przedstawicieli innych narodowości. Czy taki będzie koniec polskiego szkolnictwa na Litwie? Polskie szkoły zostaną, a nauczać w nich będą Litwini używając polsko-litewskiego dialektu?

Tymczasem Warszawa, w której o sprawach litewskich powoli ewidentnie się zapomina, niewiele robi, aby powstrzymać powolną i – niestety – dobrowolną rusyfikację polskiej społeczności. Owszem, są wyjazdy młodzieży na studia do Polski, kolonie oraz szkolenia dla uczniów, warsztaty dla nauczycieli. Rząd Polski w ramach różnego rodzaju projektów m.in. „Pomoc Polakom na Wschodzie” i innych organizuje szkolenia, warsztaty dla nauczycieli szkół polskich na Litwie, kolonie dla uczniów polskich szkół i wiele, wiele innych programów skierowanych na poprawę znajomości języka polskiego. Polska nawet sfinansowała wyprawki pierwszakom z polskich szkół. Podobna polityka dobrze się sprawdzała dotychczas, ale czy wystarczy teraz, aby zachować narodową tożsamość Polaków na Litwie? Teraz, gdy Kreml osłabiony przez zachodnie sankcje i przeto jeszcze bardziej niebezpieczny zdwaja i potraja wysiłki w walce o dusze i umysły mieszkańców sąsiednich krajów? Mimo że sfinansowanie wyprawek pierwszakom jest piękną inicjatywą, przypomina próby leczenia ciężkiej choroby za pomocą placebo. Dać, rozdzielić i zapomnieć! Niestety nie jest to droga, która przekona polską mniejszość na Litwie, aby zrezygnowała z rozrywki, jaką daje rosyjska kultura masowa. W konsekwencji, możemy kiedyś znaleźć się w sytuacji, w której zamiast Polaków na Litwie powitają nas „zielone ludziki” Władimira Putina.

Witold Janczys
vj@fundacjapoint.pl

Komentarze