201609.14
Kategoria Publikacje

O kłamstwie


Wojciech Martynowicz

Wojciech Martynowicz

Dlaczego w pracy wywiadu kłamstwo jest równie ważne jak prawda? Czy można się wyszkolić aby kłamstwo wykryć bez pomocy poligrafu? Te oraz inne pytania przyszły mi do głowy po napisaniu poniższego eseju. Ciekaw jestem Waszych pytań.

„Wszyscy kłamią!” – twierdził mój ulubiony bohater serialu, doktor Gregory House. Czy to możliwe? A i owszem. Kłamstwo jest zjawiskiem  powszechnym u homo sapiens.

Czym jest kłamstwo? Na mój własny publicystyczny użytek definiuję kłamstwo jako „swoistą manipulację informacją”. Gdy kłamię, w miejsce rzeczywistości podstawiam przekaz „nierzeczywisty” i nadaję go do odbiorcy jako prawdziwy. Tworzę asymetrię w dostępie do prawdy. Ot, taka mała osobista dezinformacja, wcale nie będąca „orężem wojny”. Co najwyżej elementem codziennych utarczek w walce o… No właśnie.

Kłamstwo jako broń

O co walczymy używając kłamstwa jako broni? Każdy z Czytelników może sobie samemu odpowiedzieć na to pytanie. Nikt tej wiedzy nie wykorzysta przeciwko niemu. Z punktu widzenia kłamiącego kłamstwo bywa dobrodziejstwem. Najczęściej kłamiemy chroniąc coś co jest dla nas istotną wartością. Często jest to poczucie bezpieczeństwa. Nasze lub – jak czasem złudnie uważamy – osób dla nas ważnych. Kłamiemy dla siebie i dla innych. Z bardzo różnych powodów. Matka chroni syna-złodzieja, dając mu alibi. Aktywista chroni swoją organizację, kłamiąc w sprawie „czarnej kasy”. Księgowy pomaga swojej firmie w sposób kreatywny jak nie płacić podatków. Polityk chroni swoją partię (i swoją w niej pozycję) przyjmując na siebie winy Prezesa. I tak dalej i dalej.

Każde z nas jest kłamcą. I każde – ofiarą kłamstw. Dlatego refleksja nad kłamstwem, umiejętność identyfikacji kłamstwa oraz zrozumienia (interpretacji), dlaczego i kiedy się ono pojawia, stanowią elementy kanonu pożądanych umiejętności między innymi współczesnego polityka, naukowca, szpiega czy dyplomaty.

Ludzki wykrywacz kłamstw

Istnieje wiele mitów dotyczących wykrywania kłamstwa. Niektóre zakorzenione są w bardzo zamierzchłych czasach.  Naonczas stosowano dość oryginalne sposoby wykrywania kłamców. Podejrzanemu nakazywano na przykład żucie mąki ryżowej (Chiny), żucie chleba i sera (czasy Wielkiej Inkwizycji) lub przytykanie języka do rozgrzanego w ognisku sztyletu (Beduini). Techniki te prawdopodobnie opierały się na obserwacji, że kłamca wytwarza mniej śliny w ustach. Współcześnie wiele firm, a także agencji rządowych posiłkuje się poligrafem (wariografem). Maszyną, która rejestruje reakcje autonomicznego układu nerwowego. Autonomicznego, czyli takiego, którego działanie jest niezależne od woli człowieka. Od woli człowieka – tak. Ale nie od bodźców docierających do naszych sensorów. Dlatego „wykrywanie kłamstwa” przy użyciu tej maszyny bardziej zależy od talentu operatora. Ale i to niekoniecznie. Wykrywanie OZNAK kłamstwa nie oznacza wykrycia kłamstwa per se. Albowiem tak jak gorączka może być oznaką JAKIEJŚ infekcji, tak przyspieszenie pulsu, oddechu i potliwość nie stanowią DOWODU, że pacjent kłamie, ale że jest w stanie specyficznego pobudzenia. Może kłamać. Ale niekoniecznie. Co ciekawe, w ustawodawstwie amerykańskim jest zakaz wykorzystywania testów na wariografie w procesie naboru personelu firm prywatnych. Ale agend rządowych w USA to nie obowiązuje. Poligrafują na potęgę.

Pamiętam taką sytuację, gdy już po transformacji ustrojowej, zweryfikowany pozytywnie, a jakże, po ponad dwuletniej przerwie, powracałem do służby w wywiadzie. Na prośbę wywiadu zresztą. Badania dna oka i nerwów były obowiązkowe, jak dla młodego rekruta. Z westchnieniem pokory poddałem się też badaniu na poligrafie. Operator czynił to co zwykł czynić. Gdy padło pytanie: „Czy miał Pan kontakt z obcymi służbami specjalnymi?” odpowiedziałem zgodnie z prawdą: – „Tak. Nieustannie i przez wiele lat!”. Dociekliwi Czytelnicy mogą sami dedukować, dlaczego badanie przerwano. I dlaczego, po kolejnej sesji – tym razem z równoległym  zapisem wideo – dopuszczono mój powrót do służby.

o_klamstwie_graf

© Fundacja Po.Int by Tomasz Zając

Dziś psychologowie nadal intensywnie pracują nad zobiektywizowanymi metodami wykrywania kłamstw. Wyniki licznych badań nie są jednoznaczne. Powszechny sąd, że kłamca nie patrzy w oczy rozmówcy, nie zawsze jest słuszny – dzieje się tak jedynie wtedy, gdy kłamca ma poczucie gry o bardzo wysoką stawkę. Pośrednim dowodem kłamstwa może być rozszerzanie się źrenic, co skądinąd wskazuje na koncentrację. Dlatego naukowcy są w tych kwestiach powściągliwi. Podają co prawda inne wskazówki, takie jak poszukiwanie oznak przeciążenia poznawczego i kontroli własnego zachowania, zmniejszonej liczby ruchów kończyn (rąk i nóg), podwyższonego tonu głosu, mniejszej liczby negacji w wypowiedziach, skracania zdań i dłuższych pauz między nimi. Tak zwany „patologiczny kłamca” jest w pewnych warunkach nie do wykrycia – kłamiąc, wierzy lub prawie wierzy w to co mówi.

Szansą na obiektywne stwierdzenie, że kłamiemy, byłoby neuro-obrazowanie, czyli analiza pracy poszczególnych obszarów mózgu w czasie rzeczywistym.

„Magia kłamstwa”

Pod takim polskim tytułem prezentowano w telewizji serial „Lie to me”. Główny bohater – konsultant do spraw wykrywania kłamstwa, grany przez Tima Rotha – wzorowany był na Paulu Ekmanie, amerykańskim psychologu badającym m.in. mikroekspresje uczuciowe na twarzy człowieka. Obserwacje i badania w tym obszarze doprowadziły Ekmana do tematyki kłamstwa. Zaletą poznawczą serialu była możliwość równoległego podglądania na specjalnym blogu komentarzy Ekmana do poszczególnych odcinków. Psycholog podpowiadał tam widzom, które ze scen oglądanych na ekranie mają solidne oparcie w naukowych ustaleniach, a które są czystą fikcją literacką. Zainteresowanych tematyką kłamstwa odsyłam do studiowania prac naukowych Paula Ekmana, który dziś doradza w USA tamtejszym służbom. A serial też można obejrzeć…

Czy nie będąc Paulem Ekmanem można się nauczyć rozpoznawania kłamstwa bez poligrafu czy tomografu? Zwłaszcza, gdy nie idzie o kłamstwa sprawdzalne? Wydaje się, że nie mam dobrych wiadomości. Większość z nas rozpozna kłamstwo innej osoby z trafnością  zbliżoną do 50%. Czyli – upraszczając – na 100 kłamstw zidentyfikujemy tylko/aż 50. Nie warto się więc męczyć i prościej jest rzucić monetą. Ci, którzy z obowiązku służbowego (policjanci, prokuratorzy, ludzie ze służb specjalnych) częściej niż zwykli zjadacze chleba stykają się z ludźmi kłamiącymi więcej niż przeciętnie, wyrabiają sobie nieco wyższą „czułość” na kłamstwo. Ponoć (nie sprawdzałem badań szczegółowych) trafność wykrywania kłamstwa może sięgać ok. 70%. Mimo przyrastającego doświadczenia w pracy zawodowca ta sprawność zatrzymuje się na tej granicy i dalej nie rośnie. Niepokojące jest to, że przyrasta coś równie istotnego. Rośnie przekonanie tych profesjonalistów o własnej – rzekomo rosnącej – sprawności. Niezależnie od rzeczywistego poziomu wykrywalności kłamstwa, profesjonaliści mniemają, że ich sprawność rośnie i rośnie. Skutek? Kilku kłamców ujdzie cało, kilku prawdomównych będzie niesłusznie posądzonych.

Oznacza to, że znieczulony rutyną prokurator – popadając w zawodową arogancję – może zapomnieć o domniemaniu niewinności i domagać się od podejrzanego udowodnienia, że nie jest on „wielbłądem”. Nie życzę nikomu z Czytelników takiej sytuacji.

„Wiódł ślepy kulawego…”

Kłamstwo to codzienny problem. Problem obywateli, firm, organizacji i państw.  W skali indywidualnej jesteśmy pozostawieni sami sobie. Chyba, że wynajmiemy detektywa. I tak czynimy, gdy na szali stoją takie zagrożenia jak rozpad rodziny lub bankructwo firmy. Gdy na szali umieścimy interes narodu – sprawy robią się naprawdę ważkie. Zwłaszcza, gdy diagnoza brzmi: państwowy system wykrywania kłamstw w skali międzynarodowej i międzypaństwowej, czyli dezinformacji, jest zaledwie zorganizowaną miopią. Ale to już temat na odrębny materiał.


Wojciech Martynowicz