201610.24
Kategoria Publikacje

Dlaczego analitykami służb specjalnych powinni być także lingwiści?


Artur-Obrzut1

Grzegorz Artur Obrzut

Tytuł jest oczywiście przekorny, bo ktoś może chciałby zapytać, czy w ogóle powinni?
Ja jednak wiem, że powinni i postaram się to udowodnić.

Zacznę, jak zwykłem, od dowcipu. W czasie II wojny światowej Niemcy przygotowują inwazję na Wyspy Brytyjskie. Flota inwazyjnych barek gromadzona jest w portach północnej Francji, a Luftwaffe nęka Brytyjczyków nalotami. Wywiad niemiecki potrzebuje informacji o stanie przygotowań Wielkiej Brytanii. Na wyspy wysłani zostają szpiedzy. Dwóch z nich, w ubraniach kupionych w Londynie, biegle znających język angielski, ląduje pontonem na plaży po desantowaniu z U-boota. Udaje im się przemknąć przez linie straży i docierają do pobliskiego miasteczka. Tam wchodzą do pubu. Stojący za ladą właściciel pyta:
– What can I get you, gentlemen?
– Could we have two martinis, please? – prosi jeden ze szpiegów.
– Dry? – upewnia się barman.
– Nein, nein! Nur zwei! – odpowiada Niemiec.

Dobra znajomość języków obcych jest kluczową umiejętnością pracownika służb specjalnych.

Czym jednak jest owa znajomość języka? Czy można nauczyć go tak dobrze, aby skutecznie wmieszać się w tłum w obcym kraju i uchodzić za miejscowego? Tak. Da się. Ale wymaga to spełnienia wielu warunków. Po pierwsze – talent. Uczący się musi mieć predyspozycje. Po drugie – ciężka, żmudna praca. Po trzecie – stały kontakt z żywym językiem, aby śledzić zachodzące w nim zmiany.

Język, którym się posługujemy, podlega ewolucji tak samo jak wiele innych dziedzin życia. Ośmielę się stwierdzić, że w czasach nawału informacji, dostępności mediów nowej generacji i nowych form kontaktu, głównie za pomocą Internetu, ewolucja języka przyspieszyła, podobnie jak ewolucja techniki. Ktoś, kto nie ma kontaktu z językiem potocznym, przestaje rozumieć jego niuanse, nie zauważa, że ze względu na szybkość życia i obieg informacji nie mamy już dziś do czynienia z jednym, uniwersalnym językiem, który pozwoli poruszać się w obcej przestrzeni. Dotyczy to ogólnego osadzenia w środowisku i kulturze danego obszaru. Po czwarte – naukę języka należy zacząć wcześnie. Na tyle wcześnie, że nie można jeszcze wtedy powiedzieć, czy osoba uczona będzie posiadała w przyszłości cechy pożądane przez wywiad.

Pod tym względem oficer wywiadu ukrywający się pod fałszywą tożsamością i mieszkający od dawna w kraju, przeciwko któremu działa, jest w lepszej sytuacji niż ktoś, kto miewa kontakt z tym krajem jedynie sporadycznie. Jednak nawet w takich sytuacjach istnieje ryzyko, że w sposobie mówienia, przypadkowych strukturach zdaniowych, ba, nawet w tembrze głosu, ukrywa się klucz do prawdziwej tożsamości. Zauważyli państwo jak zmienia się głos mówiącego w zależności od języka, jakim się posługuje? Po głosie i melodii można odróżnić narodowość mówiącego, a często nawet region, z którego pochodzi.

nielegalni-b-iext41744880Wywiady stosują zatem najróżniejsze sposoby, aby zminimalizować ryzyko takiej wpadki. Zainteresowanych odsyłam do książek Vincenta V. Severskiego (przede wszystkim „Nielegalni”). Proszę zauważyć, że w przypadku obu „śpiochów” (czyli pracowników wywiadu żyjących pod przybraną tożsamością w obcych krajach) opisanych przez V.V.S., zarówno Jorgensen, jak i Virag, są dodatkowo zabezpieczeni legendą pochodzenia. Jorgensen ma korzenie niemiecko-duńskie, Virag węgiersko-australijskie. Ma to utrudnić poszukiwania oraz uwiarygodnić ewentualne braki w ogólnym osadzeniu kulturowym. Taki człowiek ma prawo nie znać kultowej sceny z dawnego serialu, bo wtedy mieszkał gdzie indziej. Może mówić z trochę dziwnym akcentem – i tak dalej.

Proszę jednak pomyśleć, jaki nakład czasu, sił i środków jest potrzebny, żeby odpowiednie osoby wyselekcjonować wystarczająco wcześnie i uczyć je w warunkach idealnych. Wyszkolenie, od wczesnego dzieciństwa, potencjalnych oficerów wywiadu, którzy wykazują dość talentu językowego oraz innych cech potrzebnych w pracy operacyjnej dla kilkudziesięciu krajów będących w sferze zainteresowania wywiadu danego państwa jest poza zasięgiem możliwości większości z nich. Nie oznacza to jednak, że takich prób nie podejmowano. Jak mi wiadomo działania takie były prowadzone w Związku Sowieckim.

Cóż zatem pozostaje? Oczywiście – agenci miejscowi, czyli pozyskani przez oficerów wywiadu. W ich przypadku język nie będzie stanowił przeszkody.

Wspomniany wcześniej rozwój technologii umożliwia obecnie walkę informacyjną na niespotykaną dotąd skalę.

Trudno sobie wyobrazić, żeby można było prowadzić indoktrynację, zastraszanie, kierowanie tłumem jeszcze 20 lat temu na taką skalę, jak robi się to teraz. A już na pewno nie z zagranicy.

Obecnie każdy z nas, użytkowników Internetu, styka się z przypadkami tak zwanego trollingu, choć często nawet nie wie, że spotkał przeszkolonego trolla. W mediach społecznościowych ludzie ci występują pod fałszywymi tożsamościami, które często zmieniają. Są ich tysiące i działają niemal wszędzie. Napisano już na ten temat dość dużo, szczególnie w kontekście wyspecjalizowanych firm w Rosji, zatrudniających twórców, edytorów i powielaczy informacji. Zainteresowanych odsyłam do licznych artykułów na ten temat w sieci.

My wracamy do kwestii języka.

Czy można odpowiednio wyszkolić trolla? I czy da się wyszkolić odpowiednio WSZYSTKICH? Jeśli spojrzymy z perspektywy najpoważniejszego obecnie konfliktu, czyli wojny propagandowo-informacyjnej Rosji z krajami szeroko pojętego Zachodu, musimy zauważyć, że NIE DA SIĘ, choćby nawet pobieżnie, zadbać o to, żeby poziom językowy trolli był wystarczający do prowadzenia dyskusji na forach internetowych. Ich komentarze najeżone są błędami, składnia bywa nieporadna i często przywodzi na myśl analogiczne konstrukcje z obcych języków, które w polszczyźnie nie występują. Z pomocą przychodzi  im medycyna, która w ostatnich latach ujawniła nowe schorzenia – dysleksję, dysgrafię i dysortografię – schorzenia na tyle atrakcyjne w swej nowości, że zachorowało na nie natychmiast mnóstwo osób.

Rozpoznanie trolla, z powodów językowych, utrudniają także braki w edukacji wielu innych użytkowników Internetu, niekoniecznie będących trollami. Od błędów gramatycznych, składniowych i ortograficznych (o interpunkcji szkoda nawet mówić) aż się roi w większości wypowiedzi, a wszelkie nawoływania o poprawność językową spotykają się z komentarzami o „faszyzmie językowym”. W dodatku lata zaborów oraz powojenne repatriacje pozostawiły silne ślady w naszym języku. Niełatwo rozpoznać rusycyzm w kraju, w którym wielu ludzi używa rusycyzmu w tekście hymnu narodowego („póki my żyjemy” zamiast „kiedy my żyjemy”). Nie znaczy to, że nie można. Trzeba znać swój język oraz kilka innych, umieć rozpoznać kalki składniowe, zapożyczenia, „fałszywych przyjaciół[1]” i obce odniesienia kulturowe. Potem pozostaje tylko dokładne sprawdzenie konta podejrzanego dyskutanta.

Gorąco zachęcam do uważnego czytania komentarzy i wsłuchiwania się w wypowiedzi osób pojawiających się w przestrzeni publicznej. Czasem spostrzeżenia mogą się okazać bardzo intrygujące. Nagrodą będzie zapewne satysfakcja myśliwego, który ustrzelił grubego zwierza. Pod warunkiem, że będzie to zwierz z gatunku niechronionego. Zaraz… jak się mówi: gatunku czy sortu?

Nu, cziort, zabył….

Grzegorz Artur Obrzut

[1] Fałszywi przyjaciele czyli false friends to określenie wyrazów, które są podobne do wyrazów występujących w innym języku, ale mają zupełnie inne znaczenie – na przykład dla kogoś anglojęzycznego włoskie słowo „caldo” – brzmi podobnie jak „cold”, ale ma przeciwne znaczenie. Inny przykład pojawił się w dowcipie na początku – „dry” i  „drei”.