201610.31
Kategoria Publikacje

Tyrania ekspertów


Wojciech Martynowicz

Wojciech Martynowicz

Czy możliwe jest aby służby wywiadowcze popierały tyranów? Niejednokrotnie w historii świata uznawano przecież, że jakiś drań to jest „nasz drań” i tolerowano jego istnienie. A co jeśli służby stwarzają własnych tyranów, hodują ich i eksploatują? Czy mamy się czym martwić i o co w tym wszystkim może chodzić?

Dramatem czasów współczesnych jest dynamicznie rosnące skomplikowanie świata w jakim żyjemy. Rzadko dziś można spotkać Medyka. Za to mamy położników i pediatrów, kardiologów i kardiochirurgów, dermatologów i alergologów, urologów, ginekologów i proktologów. Nie wspominając o dentystach. Lista specjalizacji i specjalistów może być długa. W medycynie – jak każdy Rodak – jestem oczywiście bardzo kompetentny. Ale jeszcze lepiej niż na medycynie znam się na tematyce wywiadu. Dlatego zapraszam Czytelników do mojego świata.

W dawnych czasach doświadczenia gromadzone były powoli. Tak w przestrzeni społecznej jak i indywidualnej. Kobieta, która „wiedziała” zwana była Wiedźmą. Mężczyzna – Wiedźminem. Wiedza kumulowana była zgodnie z upływem lat, swe apogeum osiągając u ludzi najstarszych, co sygnalizowały siwiejące włosy. Zapewne to z tamtych czasów pochodzi powiedzenie, że „mądrość przychodzi z wiekiem, choć często jest to wieko trumny”. Ówcześnie brzmiało to dosłownie, dziś już tylko ironicznie. Ale zdolność dawnych społeczności do przetrwania zależała także od jej najsprawniejszych członków. Plemię broniło się przed wrogami delegując do walki najlepszych reprezentantów, wyspecjalizowanych Wojowników. Aby stać się Wojownikiem Nowicjusz musiał przejść liczne próby i sprawdziany. Poznawał arkana walki powoli, korzystając z wiedzy i umiejętności Starszych Kolegów. Nad Starszymi Kolegami czuwał Mentor. Intelektualny opiekun. Całe plemię miało w tym interes, aby Nowicjusz jak najszybciej stał się pełnokrwistym Wojownikiem. Kiedy plemię potrzebowało mieczy i noży dla swoich Wojowników, sprawiało sobie Kowala-płatnerza. Aby sztuka kucia koni i mieczy nie zginęła, Kowal – jeśli nie miał syna – dostawał od współplemieńców Ucznia. Uczeń terminował tak długo aż mógł się nazwać Czeladnikiem. A potem doskonalił się w swej sztuce, aż sam zostawał Mistrzem. I dostawał Ucznia. Tak zapewne bywało kiedyś. A dziś?

„Wszystkoista”

tyreks1

Source: flickr.com by Leo Leung. Edit by Tomasz Zając, CC BY 2.0

Dzisiaj służby wywiadowcze świata na spotkaniach poświęconych wymianie doświadczeń (autor na takich spotkaniach bywał) toczą otwarte dysputy na temat strategii kadrowych i przygotowywania współczesnych „wojowników” do przyszłych bojów. Zarówno w obszarze operacyjnym jak i analitycznym. Jednym z dylematów jest pytanie, kogo rekrutować? Duże i bogate służby mogą pozwolić sobie na pozyskiwanie zarówno wąsko wyspecjalizowanych ekspertów jak i ogólnie przygotowanych „wszystkoistów”. „Wszystkoista” to osoba gotowa na przepoczwarzenie się w eksperta, jeśli okoliczności na to pozwolą. Małe i biedne służby wywiadowcze muszą zadowalać się „wszystkoistami” i pod takich kandydatów do służby przykrawać programy szkolenia zawodowego. Absolwent dowolnej uczelni może być napakowany wiedzą czy to prawniczą, ekonomiczną czy politologiczną lub wojskową. Rekrutowany do dużej i bogatej służby może z marszu trafić do pionu analitycznego i do końca życia nie zobaczyć żywego agenta. Co więcej, może zostać „analitycznym” wąskim specjalistą. Na przykład specjalistą w obszarze emisji radiowych (sigint) lub obrazów satelitarnych czy lotniczych (imint). Może też być analitykiem „wieloźródłowym” (all-source-analyst). W małej służbie nasz nowicjusz nie uniknie uniwersalnego, unitarnego szkolenia, w trakcie którego przyszli przełożeni wyszukują operacyjnych cwaniaków lub analitycznych mądrali. Takie utalentowane samorodki nie są rzadkością. Ale znakomita większość wstępnie przesianych kandydatów do służby w wywiadzie to nieoszlifowane diamenty.

Diament wymaga szlifu

Surowy materiał na oficera wywiadu (zarówno analityka jak i „operachę”) w małej służbie z całą pewnością nie zostanie zostawiony samemu/samej sobie. Uzyska Mentora lub przynajmniej Starszego Kolegę do pomocy. Gdy nieopatrznie zostanie zbyt wcześnie rzucony na głęboką wodę, może utonąć pociągając za sobą innych. Dlatego tak często znający się na rzeczy emerytowani oficerowie wywiadu powtarzają jak mantrę powiedzenie o „dojrzewającym winie”. Czeladnik zostanie Mistrzem, ale nie od razu. Szlifowanie diamentu to proces delikatny i powolny. Brylant można uzyskać szlifując w sposób przemyślany i ostrożny, tak aby materiału wyjściowego nie skruszyć. Na takiego „szlifowanego” osobnika czyhają liczne pułapki. W toku szkolenia z pewnością maleje „ignorancja” szkolonego. Ignorancja czyli brak wiedzy. Pozyskiwanie nowej, często unikatowej wiedzy może spowodować natomiast wcale nieparadoksalny przyrost arogancji, rozumianej jako nadmierna pewność siebie. Mechanizm takiego przyrostu opisywałem na przykładzie eksperymentu Stuarta Oskampa w eseju zatytułowanym „Kiedy mniej oznacza więcej? O przeładowaniu informacją”.

Tropiąc arogancję

Nadmierna pewność siebie jest dość niebezpieczna dla oficera wywiadu. Owa nadmierność jest trudno zauważalna „od środka”. W swojej „karierze” nieraz doświadczałem nieprzyjemnej konfrontacji z osobnikami zaskoczonymi faktem, że wiem czego chcę, że mam własne zdanie i że jest ono diametralnie inne niż ów osobnik oczekiwał. Pal diabli, gdy od zaskoczonego niewiele zależało. Ale gdy ta osoba była kluczową dla sukcesu jakiegoś wywiadowczego przedsięwzięcia? Wtedy należałoby przybrać „skórę węża”… Nie zawsze jednak oficer wywiadu potrafi to uczynić dostatecznie szybko. Dlatego ćwiczenia w rozpoznawaniu własnej arogancji są bardzo pożądane z punktu widzenia bezpieczeństwa planowanych operacji. Zwłaszcza, że koledzy z krajowych „bratnich służb” czasem sygnalizują zbyt silne poczucie „elitarności” u ludzi z wywiadu, gdy ci mają z nimi służbowe kontakty. Podobnie dyplomaci – łatwo zidentyfikują „dwuzawodowca”, który potrafi w złym momencie nadmiernie „postawić się” pierwszemu po Bogu na placówce. O ryzykownej arogancji w warunkach „non-official-cover” nie muszę wspominać.

Wydaje mi się, że przypadłość „przerostu arogancji” trapi nie tylko ludzi w wywiadzie. Zapewne nie raz Czytelniku kipiałeś irytacją siedząc przed telewizorem, gdy Ekspert Od Nie-Wiadomo Czego zaczynał się wgłębiać w meandry kupowania helikopterów lub budowania elektrowni jądrowej. Irytacja była zapewne uzasadniona. Zwłaszcza, gdy wziąć pod uwagę fakt, że Mistrz Gry w Szachy nie musi być równocześnie Mistrzem Gry w Koszykówkę.

Kto to jest ekspert?

Większość z nas – przechodząc poszczególne fazy życiowej edukacji – uzyskuje szeroką, ale relatywnie płytką wiedzę ogólną. Potem w razie potrzeby dokładamy wiedzę lub umiejętności bardziej szczegółowe. Z czasem – wraz ze wzrostem owej wiedzy i doświadczenia oraz specjalizacją – możemy stać się ekspertami. Malcolm Gladwell w swojej książce „Outliers” lansuje tezę, że zostać Mistrzem w czymkolwiek można po dziesięciu tysiącach godzin spędzonych na ćwiczeniach w dowolnej dyscyplinie. Można próbować.

Ekspert jest ekspertem przede wszystkim ze względu na skumulowanie specjalistycznej wiedzy. Ale nie tylko wiedzy. Ekspert – oprócz wiedzy – ma jeszcze dodatkowo dość szczególne umiejętności. Potrafi lepiej niż nowicjusz  opisywać zjawiska w swoim obszarze kompetencji, ale także lepiej je objaśniać oraz rozwiązywać problemy na jakie napotyka. Robi to lepiej, gdyż jest w stanie:

  • rozpoznawać istotne wzory, reguły i modele obowiązujące w obrębie swojej specjalności, tam gdzie nowicjusz widzi tylko oderwane od siebie grupy faktów;
  • identyfikować naprawdę kluczowe zmienne i obserwować ich zachowanie w powiązaniu z innymi;
  • przechowywać odpowiednią wiedzę w sprawnej pamięci krótko i długotrwałej;
  • rozwiązywać problemy szybciej, sprawniej i z mniejszą ilością błędów niż nowicjusz;
  • więcej czasu poświęcać na zgłębianie natury problemu aby go lepiej zrozumieć, w odróżnieniu od nowicjuszy, którzy zwykle dążą do natychmiastowego rozwiązywania problemu;
  • wykorzystywać uprzednio zdobytą wiedzę jako kontekst do tworzenia mentalnych modeli rozwiązań nowych problemów;
  • szybko zrozumieć, gdzie sam popełnia błędy lub niewłaściwie pojmuje istotę sprawy, bo częściej niż nowicjusze kontroluje własne wyniki i dostrzega, gdzie ma niedostateczne informacje;
  • znać granice własnych kompetencji, a dla problemów spoza własnej specjalności szukać rozwiązań w heurystykach mu dostępnych. Albo prosić o pomoc innego eksperta.

I tu napotykamy na ekspercki dylemat i paradoks równocześnie.

Paradoks ekspercki

Jak widać pomiędzy nowicjuszem a w pełni ukształtowanym ekspertem istnieją znaczące różnice, jak to zawsze bywało między Uczniem a Mistrzem. Ale paradoks tkwi w czymś zupełnie innym. Siłą eksperta – powtórzmy – jest jego biegłość w dostrzeganiu pewnych wzorców i modeli w obserwowanych zjawiskach, których nie dostrzegają zwykli zjadacze chleba. I to działa perfekcyjnie w przypadku zjawisk o niewielkim lub umiarkowanym poziomie niepewności. Gdy tylko poziom determinizmu w obserwowanym fenomenie spada, maleje rola twardych faktów. Rośnie rola szacunków i ocen. I wtedy pojawia się niebezpieczeństwo pomyłek, nadinterpretacji jednych wątków lub niedoceniania innych. Zapraszając eksperta do oceny czegokolwiek, ufamy, że wie on/ona co mówi. Ale powinniśmy wiedzieć, że każdy ekspert jest podatny – jak my wszyscy – na pułapki mentalne, szeroko opisywane i badane przez psychologów poznawczych. Tylko, że gdy to my niewłaściwie ocenimy cokolwiek, to skutki tego ponosimy najczęściej my sami. Czasem inne osoby. W przypadku gdy się myli „telewizyjny ekspert” skutki mają szerszy zasięg, ale do tragedii nie zawsze dochodzi. Jeśli „popłynie” ekspert renomowanego think tanku, instytutu lub centrum analiz – może być gorzej. Ryzyko wzrasta niepomiernie, gdy myli się ekspert wywiadu. Zwłaszcza, gdy Suweren ekspertom wywiadu ufa.

Z reguły ewidentna „eksperckość” eksperta, którą wszyscy tak cenimy, kończy się w pewnym bardzo szczególnym miejscu. Na prognozie. Kiedy poprosicie eksperta o postawienie prognozy, prawdopodobnie doznacie rozczarowania i to częściej niż myślicie. Dlaczego?

Jak wiadomo w wielu dyscyplinach matematycy/statystycy od lat tworzą tzw. tablice aktuarialne. Gromadzą w nich dane na temat częstości rozmaitych wydarzeń wykorzystywane m.in. w kalkulacjach ubezpieczeniowych. Ale nie tylko. I co ciekawe, bardzo często przewidywania eksperta są mniej precyzyjne, mniej trafne niż kalkulacje dokonywane z wykorzystaniem danych z tablic aktuariuszy czy prostych modeli statystycznych. Choć oczywiście istnieją wyjątki. Skąd to wiem? Od wielu lat prowadzone są badania nad ekspertami i ich skutecznością w opisywaniu rzeczywistości, a w szczególności w tworzeniu prognoz – przewidywań co będzie jutro… Celują w tym Amerykanie. Zainteresowani mogą odnaleźć szczegółowe dane na ten temat m.in. w następujących pracach:

1. H. Reichenbach, Experience and Prediction (Chicago, IL: University of Chicago Press,1938);
2. T. Sarbin, “A Contribution to the Study of Actuarial and Individual Methods of Prediction,” American Journal of Sociology, Vol. 48, 1943, pp. 593-602.;
3. C. Camerer and E. Johnson, “The Process-Performance Paradox in Expert Judgment: How Can Experts Know so Much and Predict so Badly?”;
4. K. Ericsson and J. Smith, eds., Toward a General Theory of Expertise: Prospects and Limit (Cambridge, UK: Cambridge University Press,1991).

Ci, którzy wolą drogę na skróty, mogą przeczytać artykuł Roba Johnstona pod tytułem „Integrating Methodologists into Teams of Substantive Experts”, z którego zaczerpnąłem te informacje. Ale tropy wiodące do tego artykułu Czytelnicy muszą odnaleźć sami. Zapewniam, że nie będzie to trudne. Za to pouczające.

Kontroler jakości

W artykule Roba Johnstona zainteresował mnie szczególnie tytuł. Bo jak najbardziej korespondował z moimi zainteresowaniami metodologicznymi związanymi z wywiadem. Johnston już kilkanaście lat temu postulował włączanie analityków-metodologów do zespołów eksperckich w wywiadzie. Jego zdaniem analiza wywiadowcza – jak mało która dyscyplina intelektualna – najeżona jest skomplikowanymi problemami o charakterze interdyscyplinarnym i okraszona pułapkami poznawczymi. W wielu problemach jakimi zajmuje się wywiad, z reguły dotyczących esencji naszego narodowego bezpieczeństwa, nie wystarczy pojedynczy ekspert. A czasem pojedynczy eksperci po prostu się mylą. Nawet ci najlepsi. Czasem mylą się i grupy ekspertów, gdy dopada ich przypadłość „gromadomyslenia”. A także z wielu różnych innych powodów, które Rob Johnston omawia bardziej szczegółowo w swoim materiale. Arogancja jest jednym z nich.

A pomyłki w wywiadzie – jak już powiedziano – mogą nas wszystkich (obywateli) wiele kosztować. Kolega „metodolog” może wśród ekspertów merytorycznych spełniać rolę swoistego kontrolera i gwaranta dobrej jakości. A gdy Pani Premier lub jej Ważny Minister zapytają: „Jakim cudem doszliście do tak zaskakujących wniosków?!” to eksperci ze spokojnym sumieniem będą mogli taką ścieżkę „cudów” pokazać. Inna sprawa, czy Pani Premier lub Minister tę ścieżkę zobaczą.

Ekspert w wywiadzie: specjalista czy neksjalista

Wiele lat temu poznałem pojęcie „neksjalista”. Termin pochodzi z literatury science-fiction powstałej w latach bardzo odległych. Ale ma on jak najbardziej współczesne zastosowanie. Neksjalista to specjalista bardzo szczególny. Właściwie to nie specjalista jako taki, a nieodzowny towarzysz eksperta, taki „wszystkoista stosowany”. Warto polubić neksjalistę. To ktoś, kto dołączony do zespołu różnorodnych wąsko specjalizowanych ekspertów potrafi zintegrować ich wiedzę i doświadczenie w pewną spójną i użyteczną jedność, w coś co trudno mi nawet dziś nazwać. Coś co jest odpowiednikiem wiedzy praktycznej, jaką dysponuje współczesny lekarz uprawiający tradycyjną chińską medycynę holistyczną z wykorzystaniem najnowszych osiągnięć badawczych medycyny akademickiej. Taki holistyczny (całościowy) rodzaj podejścia w tak złożonej i interdyscyplinarnej dziedzinie jaką jest wywiad jest bardzo pożądany. Ale czym byłby neksjalista, gdyby nie otaczali go wyspecjalizowani eksperci? W wywiadzie lubimy i cenimy i tych i tamtych.

Mieszkańcy masowej wyobraźni

Jako zwykli obywatele patrzymy na wywiad w dość szczególny sposób. Ponieważ niewiele o nim wiemy, staramy się wycisnąć z „masowej wyobraźni” wszystko „co się da”. „Masowej wyobraźni”? Cóż to takiego?

Do „masowej wyobraźni” arbitralnie zaliczam wszelakie treści, które są nam dostępne w domenie publicznej i mogą w razie potrzeby stanowić nasz uzupełniający, podręczny magazyn wiedzy. Jeśli nasze zainteresowania prowadzą nas w stronę tematyki wywiadu, to zaczynamy kolekcjonować owo „co się da” i pakować do naszej pamięci. Jeśli akurat nie jesteśmy funkcjonariuszami jakiejś służby specjalnej, to mamy nikłe szanse nawet otarcia się o rzeczywiste problemy z jakimi boryka się wywiad. W zamian za to czytamy książki historyczne, wspomnienia i biografie, artykuły i wywiady. Oglądamy filmy fabularne i dokumentalne. Z uwagą patrzymy na to co i jak mówią byli oficerowie wywiadu, ci zaprzyjaźnieni i ci od konkurencji. Staramy się oszacować poziom ich kompetencji i wiarygodność, z jaką opowiadają o sprawach, które nas interesują. Czasem – zależnie od tego czy ich lubimy czy nie – przyjmujemy ich opowieści, oceny i komentarze za dobrą monetę albo i nie. Wtedy „masowa wyobraźnia” apeluje do naszej wyobraźni indywidualnej, osobniczej. Pobudza naszą ciekawość. I chcąc nie chcąc, nie mając własnych doświadczeń, umieszczamy w naszej pamięci długotrwałej taką cząstkę nie naszej pamięci, czyjąś narrację z opowieści, filmu lub książki.

I kiedy w dyskusjach padnie prowokacyjne pytanie: „Która służba wywiadowcza świata jest najlepsza i dlaczego jest to Mossad?”, pojawia się cichy nieprzyjaciel – heurystyka dostępności. Heurystyka to ogólnie mówiąc interdyscyplinarne podejście, stawiające sobie za cel skuteczne rozwiązywanie rozmaitych problemów (od archimedesowego „Eureka!” – „Znalazłem!”). Heurystyka dostępności to psychologiczna droga na skróty. Sięgamy do pamięci i to „pierwsze z brzegu” co w niej znajdujemy staje się „pierwszą” podstawą do sformułowania odpowiedzi na postawione pytanie. Pierwszą i czasami jedyną. Cały proces może przebiegać błyskawicznie. I często generuje błędy.

Niezależnie od naszych osobistych starań i dociekań, równolegle w organizacjach wywiadowczych nie ustaje intensywna praca. Nawet jeśli kolejna zmiana polityków szykuje kolejną reformę. I tam ciągle wybrzmiewa dylemat: czy poddawać się tyranii wąsko wyspecjalizowanych ekspertów czy nie. Któryś z moich zagranicznych kolegów uświadamiał mi naturę tego dylematu poprzez porównanie takiego eksperta do chirurga-kardiologa o uznanej renomie: „Jak on ci powie, że twojemu dziecku potrzebna jest operacja na otwartym sercu, to co – nie wyrazisz zgody?” Jeśli tylko taki ekspert jest wystarczająco arogancki (nie mylić z niezbędną pewnością siebie) to trzeba tylko czasu aby nastąpiła jakaś katastrofa. Dylemat ten omówiony został kompleksowo w tekście Jacka Davisa „Dlaczego dobrym analitykom przytrafiają się złe rzeczy”, który ostatnio udostępnił mi życzliwy jak zawsze profesor Tomasz Aleksandrowicz. Tekst ów dociekliwy Czytelnik znajdzie w Studies in Intelligence Vol 60, No.3 (Extracts, September 2016).

Ból głowy szefów wszystkich wywiadów, w tym i polskiego (zarówno w wersji cywilnej jak i wojskowej) zapewne może uleczyć Mistrz. I to nie jeden. Mistrz, który nie tylko odrobił swoje dziesięć tysięcy godzin, ale także – wzorem starożytnych Chińczyków – potrafi zobaczyć w wywiadzie złożoną strukturę wymagającą zarówno „wszystkoistów stosowanych” jak i ekspertów.

Cóż nam pozostaje?

Uczmy się chińskiego – to się może zaraz przydać!


UWAGA: Dla cierpliwych Czytelników, którzy dotrwali do tego miejsca – BONUS (a bonus wbrew pozorom jest intelektualnie powiązany z poprzedzającym esejem)

Teoria cegły w fazie gwoździa

Pojedynczy osobnik z gatunku „homo-rzekomo-sapiens” ma ewolucyjnie wykształcony centralny ośrodek kierowniczy zwany mózgiem. Mózg pozwala na pewną – ograniczoną – ilość operacji intelektualnych. Między innymi na magazynowanie wspomnień i/lub kumulowanie wiedzy w pamięci długotrwałej. Na operacje logiczne, a także rozumne lub bezrozumne w obszarze myślenia. Na myślenie szybkie (instynktowne, impulsywne) lub powolne (krytyczne i kontrolne wobec tego szybkiego). Wyobraź sobie Czytelniku, że wszystko co potrafi nasz umysł, cała „energia intelektualna” ma kształt… cegły. Tak, tak – cegły. Zapraszam do eksperymentu umysłowego.

Klasyczna ceramiczna cegła klasy „15”, taka z jakiej buduje się mur, ma długość 25 cm, szerokość – 12 cm, a wysokość – 6,5 cm. Umówmy się, że „objętość intelektualna” naszej cegły jest stała, czyli nie podlega zmianie. Ważne, że nasza cegła – obrazująca indywidualną „energię poznawczą” – może przybierać różne acz jedynie prostopadłościenne kształty. Gdy ta „umysłowa” cegła zacznie się rozpłaszczać, będzie się stawała coraz cieńsza, ale zacznie pokrywać coraz większą powierzchnię, nie tracąc początkowej objętości. Będzie jak cieniutkie ale szerokie prześcieradło. Kiedy tak się dzieje? Zostańmy przy wdzięcznej metaforze medyka. Jeśli studiujemy medycynę to początkowo wiemy niewiele. Ale w toku nauki zgłębimy wymaganą wiedzę w rozmaitych poddyscyplinach medycznych. W pewnym momencie przyjdzie praktyka w szpitalu, gdzie poznamy pracę rozmaitych oddziałów – od pediatrii poprzez ginekologię, urologię aż po geriatrię i medycynę ratunkową. Nasza wiedza pod koniec studiów będzie przypominała może nie tyle prześcieradło co grubą derkę. Potem zaczniemy się specjalizować, komasując gros naszej wiedzy w cegłę „internistyczną”. Nasz umysł będzie dotykał coraz szerszego spektrum zagadnień (powierzchnia), ale relatywnie płytko zagłębi się w ich istotę (głębokość). Część populacji „homo-rzekomo-sapiens” pozostanie w tym stadium na zawsze. Ci będą znali się na mnóstwie tematów, ale z reguły płytko. Gdy zapytać ich o cokolwiek, będą się orientować ogólnie, ale bez wgłębiania się zbytnio w rzeczywistość, czyli bez istotnych detali. Nazwijmy to „wiedzą płytką ale rozległą”. My tak mamy na co dzień.

Odwróćmy teraz proces „rozpłaszczania”. Rozciągające się na hektarach płytkiej wiedzy nasze umysłowe prześcieradło zacznie znowu zmierzać do kształtu cegły, kurcząc swoją szerokość i długość, a zyskując na wysokości bądź grubości. Niech ten proces przybierania wysokości trwa. Zachowując cały czas oryginalną objętość staje się najpierw sześcienną kostką, potem słupkiem. Potem ten słupek wyciąga się w górę, wyżej i wyżej, w dalszym ciągu zachowując objętość i ciężar. W którymś momencie ten słupek powstały z przepoczwarzającej się cegły będzie cieniutki jak gigantycznie wysoki gwóźdź. Nasz medyk, z lekarza ogólnego przekształci się w speca w zakresie nadciśnienia tętniczego. I przy minimalnej sile nacisku z naszej strony zacznie wciskać się w grunt rzeczywistości jak w masło.

Tego nie możemy dokonać w podobnie łatwy sposób w fazie „cegły”, nie mówiąc już o fazie „prześcieradła”. W fazie „gwoździa” jesteśmy „superekspertami”. Nasza wiedza obejmuje wtedy bardzo wąski wycinek rzeczywistości, ale jest za to nieodparcie głęboka. Faza „gwoździa” uosabia skrajnie wąski choć głęboko penetracyjny potencjał wiedzy „supereksperta”. Obie skrajne postaci transformacji naszej indywidualnej wiedzy i doświadczenia (prześcieradło i gwóźdź) pokazują też możliwe absurdy: rozpraszamy się w dyletanctwie lub zamykamy w skrajnie niszowej specjalizacji, impregnowani na całą resztę świata.

Mam nadzieję, że Czytelnicy wybaczą mi tę przydługą perorę metaforyczną na tematy teoretyczne. Liczę jednak na to, że ułatwi ona zrozumienie moich zastrzeżeń, które wcześniej zamierzałem poczynić w odniesieniu do ekspertów i ich roli. Także w wywiadzie.

Wojciech Martynowicz

Komentarze