201611.28
Kategoria Komentarze

Litwa w cieniu Kremla


Witold Janczys

Być może w przyszłości politykę Unii Europejskiej będą kształtować (bardziej precyzyjnie – demontować) politycy, którzy w ten czy inny sposób są powiązani z Rosją. Nie mówię tu tylko i wyłącznie o Marine Le Pen, szefowej francuskiego nacjonalistycznego Frontu Narodowego czy ugodowo nastawionych politykach i przywódcach z Niemiec i Włoch. Także na Litwie wcześniej czy później do władzy mogą dojść politycy o podobnych nastawieniach. Warto o tym pamiętać, aby nie obudzić się z ręką w nocniku.

Ramūnas Karbauskis, lider litewskiego Związku Chłopów i Zielonych – partii, która z hukiem pokonała w wyborach tradycyjne partie, jest milionerem. Prowadził biznes z rosyjskim koncernem „Akron”, którego właścicielem jest Wiaczesław Kantor, miliarder z Rosji, znany z próby przejęcia „Azotów Tarnów”.

Mindaugas Karbauskis, brat Ramūnasa, jest znanym reżyserem teatralnym i od piętnastu lat pracuje w Moskwie. Tymczasem w Rosji dotychczas panuje zasada: władze uważnie przyglądają się obcokrajowcom zatrudnianym na wysokich stanowiskach. Pozytywna opinia – kończy się zatrudnieniem. Negatywna – „o jakiej pracy, my tu proszę Pana mówimy. Może Pan wracać, tam skąd przyjechał”.  Mimo że, jak na razie, nie mam żadnych powodów, aby wątpić w uczciwość i dobre chęci lidera litewskiego Związku Chłopów i Zielonych, nasuwa się retoryczne pytanie: czy rosyjski wywiad przegapi(ł) taką okazję?

Droga na Wschód (fikcja polityczna)

Tysiące Litwinów wybiera emigrację, od kilku lat kraj jest liderem w rankingu spożycia alkoholu oraz samobójstw, mniej w Unii Europejskiej zarabiają tylko np. Bułgarzy i Rumuni. Ci wyborcy, którzy jeszcze wierzą w lepszą zmianę, czują się coraz bardziej zdesperowani i rozczarowani. Wzrost PKB, o którym mówią eksperci i politycy jest skutecznie niwelowany przez rosnące ceny. Wyborcy nie wierzą już przedstawicielom tradycyjnych partii, oddają więc głosy na nową, populistyczną partię, która obiecuje odrodzenie kraju, budowę nowego ładu na podstawie tradycyjnych, konserwatywnych chrześcijańskich wartości. Partia otrzymuje tyle głosów, że ma konstytucyjną większość i może rządzić nie oglądając się na słabą i zajętą wewnętrznymi walkami opozycję.

Ostrzegawcze głosy z Brukseli są ignorowane, rozpoczyna się proces konsolidacji narodu, budzony jest nacjonalizm. Gniew w głównej mierze skupia się na mniejszościach narodowych, rzekomo zazdrosnych sąsiadach i Unii, która narzuca swoje prawa. Jest przygotowywane referendum, w którym obywatele mają zadecydować, czy nadal chcą pozostać w Unii Europejskiej. Jednocześnie partia rządząca próbuje dać do zrozumienia europejskim politykom, że jest gotowa złagodzić antyeuropejską retorykę, jeżeli tylko Unia zgodzi się na większe dofinansowanie budżetu.

Negocjacje są skomplikowane. W pewnym momencie Bruksela zgadza się z żądaniami jej stawianymi, ale sytuacja wymyka się spod kontroli. Być może dzieje się tak dzięki wzmożonej propagandzie medialnej ze strony sąsiedniego mocarstwa… Niestety, służby specjalne dawno cierpią na brak finansowania, co mocno uderza w ich efektywność. Sensacyjne oświadczenia często nie są poparte faktami, co mocno podważa ich wiarygodność.

Większość obywateli bierze udział w referendum i głosuje za wyjściem z Unii Europejskiej, a jednocześnie rząd otrzymuje propozycję nie do odrzucenia, co do gospodarczej i militarnej współpracy ze strony Pekinu i Rosji. Żołnierze NATO opuszczają swoje bazy, wracają do domu. Wkrótce w ramach pomocy pojawiają się rosyjskie jednostki wojskowe, wracają do życia stare radzieckie bazy wojskowe, zamiast amerykańskich „Patriotów” stacjonują „Buki” i „Topole”. Zachód, który rzekomo wydrenował kraj gospodarczo i demograficznie staje się wrogiem numer jeden. Klamka zapada: historia niepodległości i przygody z Zachodem kończy się.

Bałtyckie problemy

Mimo że jest to historia z cyklu political fiction, może się ona wydarzyć w większości krajów Europy Wschodniej oraz państw Bałtyckich. Większość ekspertów jest zgodna, że do głosu w europejskich krajach dochodzą albo eurosceptycy albo politycy, którzy stawiają interes swojego kraju powyżej interesu wspólnoty. I mimo, że kraje bałtyckie są świadome, że wyłamywanie się z szeregów Unii Europejskiej i NATO może skończyć się powrotem pod „troskliwą” opiekę Federacji Rosyjskiej, z czasem również tu mogą dojść do władzy populiści, zapatrzeni w Rosję. Na Łotwie mieszka liczna rosyjska mniejszość narodowa i chociaż wielu Rosjanom dobrze się wiedzie i są zintegrowani ze społeczeństwem łotewskim (na przykład burmistrzem Rygi jest łotewski Rosjanin Nił Uszakow), sytuacja gospodarcza pozostawia wiele do życzenia. Nie są zbyt zadowoleni również sami Łotysze; mimo że stopa życiowa jest nieco wyższa niż na sąsiedniej Litwie, to i tak pozostaje daleko w tyle za średnią europejską. Tak samo jak Litwa i Estonia, Łotwa toczy wojnę informacyjną z Rosją. Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że kiedyś Łotysze znudzeni tradycyjnymi partiami oddadzą głosy na populistów, którzy świadomie czy nieświadomie zaprowadzą porządek w taki sposób, że kraj dokona zwrotu na Wschód.

Litwini i Łotysze zazdroszczą Estończykom ich zaradności, co do budowy dobrobytu gospodarczego, ale Tallinn zmaga się z mnóstwem problemów. Począwszy od kurczących się wpływów do budżetu państwa na skutek sankcji antyrosyjskich i straty tranzytu rosyjskich towarów przez estońskie porty, kończąc na integracji rosyjskiej mniejszości narodowej.

Litwo, Ojczyzno moja!

Litwini są znużeni tym, że politycy tradycyjnych partii nie potrafili rozwiązać problemów gospodarczych i społecznych kraju. Najbardziej wymownym świadectwem opinii mieszkańców Litwy są dane na temat migracji. Wiem, że dane statystyczne nużą, ale czasami są niezbędne. W ciągu pierwszego półrocza 2016 roku z kraju wyemigrowało 23 tys. mieszkańców, czyli o 6,5 procent więcej niż w roku ubiegłym. W ubiegłym 2015 roku z Litwy wyemigrowało 44,5 tys. osób, czyli o 7,9 tys. osób lub 21,6 procent więcej niż przed rokiem. I jest to tylko jeden z wierzchołków góry lodowej, problemów, z którymi zmaga się każdy rząd litewski.

litwa_wcieniu

Source: flickr.com by Nicolas Raymond, CC BY 2.0

Sytuacja Litwy jest w odróżnieniu od Łotwy i Estonii bardziej skomplikowana. Skomplikowana chociażby dlatego, że oprócz rosyjskiej mniejszości mieszkają tu również Polacy. Liczna polska mniejszość etniczna posiada swój system szkolnictwa i partię, która reprezentuje jej interesy w Sejmie Litwy, i która ciągle znajduje się w stanie permanentnej „wojny” z litewską większością. Polacy domagają się realizacji swoich postulatów: zwrotu ziemi, zachowania i rozwoju polskiego szkolnictwa, oryginalnej pisowni imion i nazwisk oraz używania języka polskiego w życiu publicznym. Każdy litewski rząd obiecuje rozwiązać problemy, ale zazwyczaj kończy się to na obietnicach. Politykom Akcji Wyborczej Polaków na Litwie – Związek Chrześcijańskich Rodzin, partii polskiej mniejszości na Litwie udało się z kolei zasłużyć na podejrzliwość Litwinów kontrowersyjnymi wypowiedziami ocierającymi się o prorosyjskość. Litewscy politycy również dobrze pamiętają, że w czasie, gdy Litwa starała się odzyskać niepodległość, w dwóch polskich regionach – w wileńskim i solecznickim było organizowane referendum na temat pozostania w składzie Związku Sowieckiego. Polscy posłowie na Sejm Litwy wstrzymali się od głosowania w sprawie ogłoszenia niepodległości od Związku Radzieckiego. Litwini do dzsiaj dobrze o tym pamiętają, co między innymi jest jednym z podstawowych źródeł braku chęci ze strony litewskiej do kompromisu ze stroną polską. Wiadomo, że diabeł tkwi w szczegółach.

Podsumowując, chciałbym zwrócić uwagę, że na Kremlu na pewno pamiętają to, za czym na zaraniu litewskiej niepodległości chcieli się opowiedzieć ówcześni działacze polskiej mniejszości narodowej. Szkoda tylko, że samym Litwinom i polskiej mniejszości na Litwie brak, jak na razie, pomysłów, aby odbudować spalone kiedyś mosty.

Witold Janczys

Komentarze