201611.07
Kategoria Publikacje

Postamerykański Bliski Wschód


Tomasz Gajewski

Jeśli prawdą jest, że rozgrywające się w ostatnich latach konflikty są „globalną wojną domową”, to Bliski Wschód jest niezmiennie jej centralnym punktem. Obszar ten, przez niektórych zwany „łukiem niestabilności”, a innych „pierścieniem ognia”, tradycyjnie jest polem wielu konfliktów. W ostatnich latach przyjęły one niespotykany, nawet jak na warunki regionalne, charakter.

Strategiczne znaczenie tej części świata – w ostatnim stuleciu raczej przekleństwo niż błogosławieństwo zamieszkujących ją społeczeństw – wynika z bogatych zasobów surowców energetycznych i uwarunkowań geopolitycznych. Krzyżują się tu interesy i działania państw, organizacji ponadnarodowych i międzynarodowych, korporacji oraz grup terrorystycznych i przestępczych. Przez ostatnie dziesięciolecia, niekwestionowanym hegemonem wśród nich były Stany Zjednoczone.

Początek amerykańskiej obecności w regionie datuje się na XIX w. Rozpoczęła się od wojen berberyjskich i misji protestanckich duchownych. W drugiej połowie XX w. wyznaczały ją uwarunkowania zimnowojenne i strategiczny sojusz z Izraelem. Po rozpadzie dwubiegunowego świata, nastąpiło nieco ponad 10 lat absolutnej hegemonii (unipolar moment[1]). Zakończyły ją ataki terrorystyczne z 11 września 2001 i następujące po nich interwencje w Iraku oraz Afganistanie[2].

Kształtowaniu się nowego wielobiegunowego ładu globalnego, w którym siła rozprasza się między wiele ośrodków (niekoniecznie państwowych), towarzyszy osłabienie amerykańskiej zdolności do samodzielnego definiowania sytuacji na świecie. Nie ulega wątpliwości, że proces utraty siły przez Stany Zjednoczone przyspieszyły koszty długotrwałego prowadzenia wojen w regionie. Były one istotnym elementem neokonserwatywnej strategii administracji George’a W. Busha. Zakładała ona amerykański prymat i „misyjną” wizję demokratyzowania regionu[3]. Sami Amerykanie rozpoczęli dekonstrukcję porządku, który budowali i utrwalali przez dekady. Skutki polityki  prezydenta Busha wyznaczyły przestrzeń, w której swą politykę regionalną kreować miał jego następca.

postam1

flickr.com by Expert Infantry. Edit by Tomasz Zając, CC BY 2.0

Nic więc dziwnego, że Barack Obama osiągnął sukces wyborczy zapowiadając „koniec długiej wojny” i leczenie ran. Nastąpiło stopniowe przejście do strategii działań o mniejszej intensywności, selektywnym zaangażowaniu (selective engagement)[4]. Stany Zjednoczone miały wykorzystywać potencjał nasyconych najnowocześniejszymi technologiami sił zbrojnych, dysponujących skutecznym instrumentem w postaci jednostek podległych Połączonemu Dowództwu Operacji Specjalnych. Innymi słowy, administracja Baracka Obamy, przenosząc ciężar zaangażowania na Azję i Pacyfik, miała utrzymywać korzystny dla siebie stan równowagi geostrategicznej w regionie. By to osiągnąć, miała wykorzystywać w możliwie najbardziej efektywny sposób jak najmniejsze zasoby. Obama prywatnie określał jedną z najważniejszych zasad swojej polityki zagranicznej zdaniem, które nie wymaga tłumaczenia na język polski: „Don’t do stupid shit”[5].

Prezydent Obama chciał także naprawić nadszarpnięte relacje ze światem muzułmańskim. Ogłosił to w czerwcu 2009 w Kairze, gdzie niecałe dwa lata później obalony został prezydent Hosni Mubarak, jeden z filarów amerykańskich sojuszy w regionie. Arabska Wiosna uwolniła siły społeczne, które wstrząsnęły (nie)porządkiem regionalnym. Nałożyły się na trwający od setek lat konflikt wewnątrz islamu. Wszedł on w nową fazę kilka lat wcześniej, kiedy w rozbitym Iraku szyici i sunnici rozpoczęli krwawą wojnę przeciwko sobie oraz bezradnym wojskom amerykańskim i koalicyjnym. Sieci terrorystyczne, które Stany Zjednoczone próbowały unicestwić przy pomocy konwencjonalnej siły wojskowej, zyskały natomiast nieograniczoną bazę społeczną do utrwalania i zwielokrotniania potęgi swojej idei.

Status quo ante

Rozpoczął się ostateczny rozpad ładu stworzonego przez umowę Sykes-Picot z 1916 roku i modyfikowanego w wyniku presji układów globalnych przez blisko 100 lat. Wojny domowe, które wybuchły po wydarzeniach Arabskiej Wiosny, stworzyły „strefy próżni”. Wciągnęły one skonfliktowanych aktorów z regionu i spoza niego. Wytworzyły się tym samym dogodne warunki dla kanalizowania trwających konfliktów (proxy warfare). Takimi „strefami próżni” stały się Syria i Irak oraz Jemen.

Obszarem o krytycznym znaczeniu są tereny Syrii i Iraku, gdzie umiędzynarodowione wojny domowe stały się teatrem „bliskowschodniego przesilenia”. Rosyjską interwencję wojskową w Syrii, która rozpoczęła się we wrześniu ubiegłego roku, można uznać za symbol amerykańskiego regresu. Gwarantując przetrwanie Baszarowi al-Asadowi, Rosja umacnia swój bliskowschodni przyczółek i zyskuje instrumenty wywierania realnego wpływu na sytuację w regionie. Baza lotnicza Hmejim pod Latakią oraz dyslokowane tam systemy przeciwlotnicze, stworzyły kolejną, trzecią już „przestrzeń antydostępową” (Anti-Access/Area Denial) wokół granic obszaru traktatowego NATO. Region przestaje być obszarem swobodnych amerykańskich i sojuszniczych operacji wojskowych. Przy pasywności Stanów Zjednoczonych, Rosja konsekwentnie realizuje swój marsz ku odbudowie globalnej potęgi (czy może budowie poczucia odbudowy takiej potęgi). Według Jekateriny Stiepanowej z moskiewskiego Instytutu Gospodarki Światowej i Stosunków Międzynarodowych (IMEMO), aktywne działania w Syrii, to element przywracania Rosji „znaczącego miejsca na światowej szachownicy”[6].

Ambiwalentna postawa amerykańska wobec biegu wydarzeń regionalnych (eskalowanie bardzo często sprzecznej retoryki, wycofywanie się z tradycyjnych obszarów zaangażowania), to ważny komunikat dla państw regionu – nie będzie kolejnego rozdziału Pax Americana i w coraz większym stopniu należy brać pod uwagę rozszerzającą się obecność wojskową oraz polityczną Rosji. Po latach chaosu, sytuacja zmierza do jakiejś formy uregulowania. Bez względu na to, kiedy tradycyjny, środkowowschodni (nie)porządek powróci, będzie opierał się na zupełnie innych zasadach.

Bliskowschodni tygiel

Iran skonsolidował i wzmocnił swoje wpływy w Iraku, gdzie wspierane przez niego szyickie władze oraz milicje walczą przeciwko Daesh. Iracki rząd podjął współpracę wywiadowczą z Rosją w ramach szerszego porozumienia z Iranem, Syrią oraz Hezbollahem. Za symboliczne można uznać to, że w centrum wywiadowczym w bagdadzkiej Zielonej Strefie, pracują teraz rosyjscy oficerowie[7].

Wojna w Syrii doprowadziła do zacieśnienia współpracy Iranu i Rosji. Po wynegocjowaniu porozumienia w sprawie irańskiego programu nuklearnego, wbrew temu, czego Waszyngton być może oczekiwał, Islamska Republika nie stała się amerykańskim partnerem. Jeśli kalkulowano większą przychylność Iranu, po raz kolejny nie wzięto pod uwagę zakorzenionej w wielowiekowej historii świadomości geopolitycznej elit tego państwa. Jest ona wzmacniana przez poczucie bycia „strategicznym centrum” azjatyckiego „heartlandu” i misyjne usposobienie politycznego szyizmu.

Kurdowie

flickr.com by Kurdishstruggle, CC BY 2.0

W trwający na obszarze Syrii i Iraku konflikt zaangażowana jest Turcja. Prezydent Recep Tayyip Erdogan swobodnie używa wielu instrumentów, by zgodnie ze swoją ideą kreować przestrzeń wokół południowych granic państwa. Naczelnym założeniem tej polityki jest oczywiście zlikwidowanie Partii Pracujących Kurdystanu i innych kurdyjskich ugrupowań. Podobnie jak Rosja i Iran, Turcja będzie miała wpływ na sposób uregulowania konfliktu. Pojawiające się ostatnio w tureckich mediach mapy państwa, w skład którego wchodzą między innymi obszary północnej Syrii i Iraku (wraz z Aleppo, Mosulem i Kirkukiem)[8], można odczytywać jako mapę stref wpływów, które prezydent Erdogan chciałby uzyskać.

Nie ulega wątpliwości, że osiągnięcie takiego celu musi uwzględniać jakąś formę porozumienia z rosyjskim protektorem Baszara al-Asada. Prezydent Erdogan, który swoją retorykę opiera między innymi na antyamerykańskim resentymencie, nie przypadkiem wybrał Moskwę na pierwsze miejsce wizyty po udaremnieniu „puczu wojskowego”. Co więcej, znormalizował napięte od lat stosunki z Izraelem i mimo wielu sprzeczności, ociepla stosunki z Iranem. Nie należy oczywiście spodziewać się otwarcie antyamerykańskich działań cały czas natowskiej Turcji. Balansowanie w płynnej rzeczywistości regionalnej, ma na celu stworzenie sobie możliwie najlepszej pozycji wyjściowej przed nowym rozdaniem.

Trajektorią regionalnych przemian żywo zainteresowana jest Arabia Saudyjska oraz państwa Zatoki Perskiej, które w wojnie w Syrii widzą przede wszystkim irańską próbę zbudowania korytarza prowadzącego do Morza Śródziemnego. W tym miejscu trzeba podkreślić, że prezydent Obama zakwestionował sojuszniczą lojalność Arabii Saudyjskiej, która nie odżegnuje się od wspierania fundamentalistów sunnickich w swojej konfrontacji z Iranem. Amerykański prezydent zbudował więc nową bliskowschodnią równowagę w amerykańskiej polityce. Porozumienie z szyickim Iranem można uznać za część tego konceptu. Saudyjskie elity uważają tymczasem, że kompromis atomowy z Iranem otwiera mu drogę do osiągnięcia pozycji regionalnego hegemona. Minister spraw zagranicznych Królestwa, Adel al-Dżubeir, jeszcze jako ambasador w Waszyngtonie powiedział wprost, że „Iran jest nowym mocarstwem Bliskiego Wschodu, a Stany Zjednoczone – starym”[9].

Arabia Saudyjska jest także zaangażowana w wojnę domową w Jemenie. Według dworu w Rijadzie, jest to jeszcze jedno pole konfrontacji z Iranem, który ma wspierać kontrolujących większość tego kraju szyickich Huti. Królestwo angażuje więc ogromne zasoby w próby przeciwdziałania swojemu rywalowi. Dysponuje w tym przypadku ograniczonym, niebojowym wsparciem amerykańskim. Dyplomatom z Departamentu Stanu z coraz większym trudem przychodzi jednak tłumaczenie śmierci cywilów, ginących pod saudyjskimi bombami (szczególnie w świetle amerykańskiej krytyki poczynań Władimira Putina i Baszara al-Asada w Aleppo). Istnieje także prawdopodobieństwo, że Rosja, przynajmniej symbolicznie, zaangażuje się w Jemenie na prośbę kontrolujących go w tej chwili sił[10].

Do regionalnych zmian dostosować musi się również Egipt. Oprócz problemów społecznych i ekonomicznych, musi on zmagać się z zagrożeniem ze strony Daesh (Wilajet Synaj) oraz skutkami wydarzeń w rozdartej konfliktem Libii. Jest to tym bardziej istotne w sytuacji, kiedy Stany Zjednoczone dystansują się od prezydenta Abdela Fatteha al-Sisiego. Podobnie jak inni przywódcy państw regionu, inwestuje on coraz więcej w stosunki z Moskwą.

Regionalne „przebiegunowanie” ma także wpływ na strategicznego sojusznika Stanów Zjednoczonych – Izrael. Rząd Benjamina Netanjahu nie był w najlepszych relacjach z administracją Baracka Obamy. Głównymi problemami były kwestie impasu w procesie pokojowym i umowa nuklearna z Iranem. Izraelskie zdolności odstraszania zmniejszą się wraz z osłabieniem poczucia pewności, co do amerykańskiego zaangażowania militarnego na wypadek konfliktu. W zamian, Izrael zyska jednak większą swobodę w wykorzystywaniu swojego potencjału. W świetle wzrostu siły Iranu i Hezbollahu, może okazać się to kluczowe (wieszcząc jednocześnie kolejną katastrofę Libanu i nieprzewidywalne konsekwencje regionalne).

Wielki kryzys

Baracka Obamę obarcza się pełną odpowiedzialnością za wielki kryzys w regionie. Po latach masowego zaangażowania amerykańskiego na Bliskim Wschodzie, odszedł on w kierunku strategii przypominających politykę republikańskich administracji Dwighta Eisenhowera oraz Richarda Nixona – mniejsze wydatki, redukcja ryzyka i przenoszenie ciężarów na sojuszników. Jego polityka w dużym stopniu odzwierciedla amerykańskie nastroje społeczne[11]. Regresowi amerykańskiej siły na Bliskim Wschodzie oraz globalnym transformacjom geopolitycznym, towarzyszą obawy i dyskusje samych Amerykanów (oraz ich sojuszników, także w Polsce) o „zmierzchu amerykańskiej potęgi”. Debaty na ten temat, jak zauważa historyk Arthur M. Schlesinger Jr., są jednak w pewnym sensie wpisane w amerykańskiego ducha. Kontemplowanie nieuchronnego upadku odbywało się już w pierwszych latach istnienia Stanów Zjednoczonych[12]. Debacie tej towarzyszą odwołania do ukutego przez Paula Kennedy’ego terminu imperial overstretch, czyli nadmiernego rozciągnięcia sił imperialnych. Posługując się słowami autora, to stan, w którym „Waszyngton musi stawić czoło przykremu, ale nie dającemu się usunąć faktowi, że suma globalnych interesów i zobowiązań Stanów Zjednoczonych jest dziś znacznie większa od możliwości jednoczesnej ich obrony”[13]. Zasoby materialne (kapitał) oraz niematerialne (wola interwencji) wydają się być zbyt małe do udźwignięcia ciężaru zaangażowania w regionie. Obama uznał, że jego redukcja zapobiegnie dalszemu osłabianiu amerykańskiej potęgi, która według niego, jest światu potrzebna[14]. W podjęciu tej decyzji zapewne pomógł mu fakt rosnącej samowystarczalności Stanów Zjednoczonych w zakresie surowców strategicznych.

postam2

flickr.com by Expert Infantry, CC BY 2.0

Co jednak przyniosło przyjęcie takiej strategii? Pogłębienie chaosu i śmierć. Obamie zarzuca się zbyt wczesne wycofanie z Iraku oraz danie przyzwolenia na używanie broni chemicznej w Syrii. Umożliwiło to Iranowi wzmocnienie swej pozycji i pojawienie się w regionie Rosji, która przypieczętowała upadek Pax Americana. Należy jednak postawić pytanie czy interwencje amerykańskie poprawiłyby sytuację po tym, jak po pełnej nadziei Arabskiej Wiośnie, nadeszła „surowa zima”? Barack Obama uznał, że nie. Kiedy patrzy się na dramat mieszkańców Aleppo i bezkarne okrucieństwo wspieranego przez Rosję Baszara al-Asada, odpowiedź nie jest już tak prosta. Sytuacja ta pokazuje pewien paradoks i nieuchronny dylemat przywódcy państwa, którego siła rodzi także konkretne obowiązki. W prosty sposób wyłożył go Walid Dżunbulat. Ten reprezentant osiadłego w Libanie, starego druzyjskiego rodu, który od kilku stuleci bierze udział w bliskowschodniej grze stwierdził: „Zawsze prosimy Amerykanów o interwencję, a kiedy już interweniują, obrażamy ich i atakujemy”[15]. Postamerykański Bliski Wschód, wbrew nadziejom Obamy, które wyrażał w wielu inspirujących mowach, nie będzie mniej antyamerykański. Źródła antyamerykanizmu w regionie są bardzo trwałe. Uzasadnia się go uproszczonymi narracjami oraz rozbudowanymi wywodami filozofów-autorytetów, zarówno sunnickich (Sajjid Kubt), jak i szyickich (Ali Szariati).

Krytycy „słabej prezydentury” Obamy zdają się jednak zapominać, że był on w stanie prowadzić bardzo zdecydowane działania. Likwidacja członków sieci terrorystycznych w atakach dronów i rajdach sił specjalnych oraz wymierzona w irański program nuklearny ofensywna operacja w cyberprzestrzeni, to ich przykłady. Były szef CIA, generał Michael Hayden określił zastosowanie wirusów z rodziny Stuxnet, wręcz jako ekwiwalent uderzenia nuklearnego na Japonię w 1945 roku[16].

Wybory w USA. I co dalej?

Zbliżająca się zmiana warty w Białym Domu nie przyniesie daleko idących modyfikacji w polityce amerykańskiej w regionie. Bez względu na to czy prezydentem zostanie Hillary Clinton czy Donald Trump, prawdopodobieństwo zmasowanej interwencji zbrojnej lub innej diametralnej zmiany jest niewielkie. Hillary Clinton może przybrać bardziej zdecydowany kurs wobec Rosji, a Donald Trump być może poszuka jakiejś formy porozumienia z Władimirem Putinem. Jeśli nowa administracja dokona korekt, będą się one mieścić w strategii selektywnej i zrównoważonej reakcji. „Azjatycki piwot” Stanów Zjednoczonych nadal będzie skupiał większość uwagi. Tym bardziej, że w nowym miejscu koncentracji amerykańskiej siły, pojawia się coraz więcej problemów.

Postamerykański Bliski Wschód nie stanie się bezpieczniejszym miejscem. Będzie polem gry wielu aktorów, którzy na zgliszczach Pax Americana, dokonają kolejnego podziału sił. Okres interregnum jeszcze długo będzie przypominał znane z pierwszych lat edukacji fizyki Ruchy Browna. Wojny będą w dalszym ciągu tworzyły doskonały grunt pod rozwój fundamentalistycznych idei. Jeśli przyjmiemy, że Daesh jest Al-Kaidą 2.0, to po jego pokonaniu, odwołujący się do przemocy integryzm religijny prawdopodobnie pokaże kolejne, co trudno sobie dziś wyobrazić, jeszcze bardziej przerażające oblicze.

Kiedy wojna w Syrii i Iraku będzie zmierzać ku jakiejś formie, przynajmniej formalnego, zakończenia, nierozwiązaną pozostanie kwestia rozbudzonych aspiracji Kurdów. Złożyli oni ogromną ofiarę w walce z fundamentalizmem. Turcja prezydenta Erdogana, który przestał utrzymywać choćby pozory demokracji, będzie gotowa podjąć wszelkie kroki, by nie dopuścić do powstania w Syrii i Iraku „kurdyjskiego Piemontu”.

Konflikt w Syrii jeszcze długo będzie groził rozprzestrzenieniem się na inne państwa. Najbardziej narażony na to niebezpieczeństwo jest Liban. Słabość instytucji (przez 29 miesięcy nie był możliwy wybór prezydenta), spolaryzowane, wieloreligijne, mieszkające na nieco ponad 10 tys. km2 powierzchni społeczeństwo („mikrokosmos” Bliskiego Wschodu i jego problemów) oraz obecność Hezbollahu, czynią go niezwykle podatnym. Należy pamiętać, że wojna domowa w tym kraju, tak bardzo podobna do syryjskiej, trwała 15 lat. Libańczycy od lat są przedmiotem regionalnych gier. Ich wyuczony przez długie okresy przemocy fatalizm, doskonale wyraża się w obrazowym tytule artykułu autorstwa Charlesa Glassa:

  Jeśli masz wątpliwości, zbombarduj Liban[17].

Konflikty w regionie będą generować kolejne masowe przemieszczenia ludności, co przy bezradności decydentów UE, dalej będzie na różne sposoby destabilizować sytuację w Europie. Nie ma także gwarancji stabilności uwikłanej w rywalizację z Iranem Arabii Saudyjskiej oraz Egiptu, który wcześniej czy później zmierzy się z gospodarczą zapaścią i kolejnymi wstrząsami społecznymi. Przy absencji podmiotu porządkującego stosunki, należy również brać pod uwagę niebezpieczeństwo atomowego wyścigu zbrojeń. Państwa regionu mogą zechcieć sięgnąć po broń atomową jako instrument strategicznego odstraszania. Groziłoby to katastrofalnymi konsekwencjami.

Postamerykański Bliski Wschód

Postamerykański Bliski Wschód, to obszar hobbesowskiej „wojny wszystkich przeciwko wszystkim”. Czy tę, być może będącą efektem globalnego kryzysu systemowego wojnę da się wygrać? Na waszyngtońskim pomniku słynnego amerykańskiego dowódcy, generała Williama Shermana, znajduje się inskrypcja, mówiąca, że „słusznym celem wojny jest osiągnięcie lepszego stanu pokoju”. Z tego stwierdzenia wyłania się obraz „sterylnego” konfliktu, w którym po decydującej bitwie w polu, sytuacja wraca do „przedwojennej normy”. Na Bliskim Wschodzie, status quo ante bellum przestało jednak istnieć. Przy refleksji nad konfliktami w regionie nasuwa się inne stwierdzenie, zapisane przez jednego z najważniejszych amerykańskich teoretyków stosunków międzynarodowych, profesora Kennetha N. Waltza. W jednym ze swoich dzieł napisał on, że pytać o to, kto wygrał wojnę, to jak dociekać tego, „kto wygrał trzęsienie ziemi w San Francisco”[18]. Na postamerykańskim Bliskim Wschodzie nie będzie wygranych. Stawką jest jak najmniejszy rozmiar porażki, czego jednak większość uczestników konfliktu nie jest świadoma. Obrazy docierające do nas z Aleppo, Mosulu i Sany, nie pozostawiają złudzeń co do tego, kto jest absolutnym przegranym.

Tomasz Gajewski


Przypisy:

[1] C. Krauthammer, Unipolar moment, “Foreign Affairs” 1990, vol. 70, no. 1, s. 23.
[2] S. M. Walt, The End of the American Era, “The National Interest” 2001, no. 116, s. 10-12.
[3] R. Jervis, Understanding Bush Doctrine, “Political Science Quarterly” 2003, vol. 118, no. 3, s. 376.
[4] B. R. Posen, A. L. Ross, Competing Visions for U.S. Grand Strategy, “International Security” Winter 1996/1997, vol. 21, no. 3, s. 18-19.
[5] J. Goldberg, The Obama Doctrine, „The Atlantic” 2016, vol. 317, no. 3, s. 73.
[6] E. Stepanowa, La Russie a-t-elle une grande strategie au Moyen-Orient?, „Politique étrangère” 2016, vol. 81, nº 2, s. 29.
[7] R. Stefanicki, Władimir Putin u bram Bagdadu, “Gazeta Wyborcza”, 19.10.2015, nr 244, s. 11.
[8] N. Danforth, Turkey’s New Maps Are Reclaiming the Ottoman Empire, “Foreign Policy”, October 23, 2016, http://foreignpolicy.com/2016/10/23/turkeys-religious-nationalists-want-ottoman-borders-iraq-erdogan/.
[9] J. Goldberg, The Obama Doctrine…, s. 75.
[10] Rosyjskie lotnictwo wystartuje z Jemenu?, „Defence24”, 22.08.2016, http://www.defence24.pl/433272,rosyjskie-lotnictwo-wystartuje-z-jemenu.
[11] The Role of the United States in the Middle East, http://www.pbs.org/wgbh/point-taken/blog/marist-role-united-states-middle-east/. Badania MaristPoll dla sieci PBS, 12-14 maja 2016.
[12] A. M. Schelsinger Jr., The Cycles of American History, Houghton Mifflin Harcourt, New York 1999, s. 5-6.
[13] P. Kennedy, Mocarstwa świata. Narodziny, rozkwit i upadek, Książka i Wiedza, Warszawa 1995, s. 496.
[14] J. Goldberg, The Obama Doctrine…, s. 90.
[15] M. Young, Survival of the Fittest. Interview with Walid Joumblatt, September 15, 2016, http://carnegie-mec.org/diwan/64574.
[16] D. E. Sanger, Obama Order Sped Up Wave Of Cyberattacks Against Iran, “The New York Times”, June 1, 2012, http://www.nytimes.com/2012/06/01/world/middleeast/obama-ordered-wave-of-cyberattacks-against-iran.html.
[17] C. Glass, When in doubt, just bomb Lebanon, “The Daily Star Lebanon”, February 16, 2000, http://www.dailystar.com.lb/Opinion/Commentary/2000/Feb-16/105128-when-in-doubt-just-bomb-lebanon.ashx.
[18] K. N. Waltz, Man, the State, and War. A Theoretical Analysis, Columbia University Press, New York 1954, s.1.