201612.19
Kategoria Biblioteka szpiega

Błyskawiczne Przekazanie Materiałów – czyli BPM


Piotr Niemczyk

Jedną z najtrudniejszych czynności w szpiegowskim rzemiośle jest odbieranie tajnych materiałów uzyskanych od źródła. Często służą do tego skomplikowane systemy łączności oparte o martwe skrzynki. Ale najszybszym i zwykle najskuteczniejszym, a zarazem wcale nie bardzo niebezpiecznym sposobem odebrania materiałów jest BPM.

Oczywiście autorzy spierają się jakie przekazanie materiałów jest najlepsze. Czy ma zawierać element niby przypadkowego spotkania, czy może tylko „otarcie się” na stacji metra? Spróbujmy przeanalizować wszystkie metody.

Ogólne zasady BPM wyjaśnia Henryk Bosak:

„Spotkanie pod obserwacją wrogiego kontrwywiadu jest najtrudniejszą i najbardziej ryzykowną czynnością operacyjną w wywiadzie. Konsekwencją błędu może być aresztowanie obojga jego uczestników. Jest jednak stosowane. Najczęstszą jego formą jest BPM czyli Błyskawiczne Przekazanie Materiałów wykonane w sposób niewidoczny dla obserwacji.”[1]

Podstawowe zasady

Jak łatwo zauważyć autorem najbardziej przywiązanym do opisów BPM-ów jest Henryk Bosak. To właśnie w jego książkach można znaleźć sporo praktycznych uwag. Takich jak ta, że „przypadkowe”  spotkanie musi być bardzo starannie zaplanowane. Jedną z najważniejszych rzeczy jest staranny wybór miejsca:

„BPM w warunkach Paryża jest bardzo pracochłonny. (…) Błyskawiczne przekazanie materiałów było niewątpliwie pracochłonną operacją wywiadowczą, ale stosunkowo najbezpieczniejszą. Warunkiem jej powodzenia było znalezienie odpowiednio zakrytego miejsca na przekazanie materiałów z ręki do ręki i lojalność agenta.”[2]

Uważny czytelnik łatwo zauważy, Henryk Bosak sam sobie trochę zaprzecza, twierdząc w jednym miejscu że BPM jest najbardziej ryzykowną czynnością operacyjną, a w innym że stosunkowo najbezpieczniejszą. Oczywiście problem tkwi w szczegółach. Oprócz wyboru miejsca ważne są rekwizyty, które nie pozwolą zorientować się przypadkowym uczestnikom zdarzenia, że miało miejsce przekazanie jakiegoś przedmiotu. Jednym z najważniejszych elementów triku jest takie opakowanie przesyłki, żeby nikt nie zauważył – na przykład zamiany neseserów:

„Kazał agentce kupić dwie identyczne teczki, które miała wymieniać z Mauersbergiem, aby uniknąć przekładania dokumentów i straty czasu.”[3]

To tyle Henryk Bosak. Inni autorzy powodzenie BPM uzależniają od pewnych specyficznych cech.

Douglas Preston i Lincoln Child w „Mieczu Gideona” podkreślają, że przypadkowe spotkanie może wymagać pewnych szczególnych umiejętności. Wręcz cyrkowych:

„Odwrotny przechwyt to drobny efekt trikowy ułatwiający manipulację małymi skrawkami papieru. Często wykorzystywany w iluzjach karcianych. – Ponownie cofnął nagranie, a następnie zaczął je odtwarzać klatka po klatce. – Popatrz raz jeszcze. Gdy Wu podchodzi, chłopiec upuszcza pluszowego misia… kobieta schyla się po zabawkę… Każdy, kto obserwuje taką scenkę, odruchowo skupia wzrok na prawej ręce kobiety – czyli na tej, którą podnosi pluszaka. Tymczasem spójrz uważnie na lewą rękę… Widzisz?… Sztywny nadgarstek, dłoń zwrócona wnętrzem do góry… podchodzi Wu… i nagle dłoń kobiety się zamyka, a nadgarstek jest lekko zgięty… (…) To ona coś niepostrzeżenie przekazała jemu.”[4]

Identycznie twierdzi Tom Clancy. W jego opisie, przekazanie materiałów dzieje się na oczach obserwacji, ale w taki sposób żeby nikt się nie zorientował, że informacja przeszła do ręki:

„Mary objęła Filitowa. (…) Jej dłoń dotknęła jego ręki na niewyobrażalnie krótki moment. Poczuł w rękawicy trzy kasety i dziwił się, że to tak zręcznie wypadło. Czyżby była zawodowym prestidigitatorem?”[5]

Pewne szczególne umiejętności przydatne są w miejscach publicznych, gdzie na nietypowe zdarzenie może zwrócić uwagę przypadkowy przechodzień. To ważne, bo tajne, natychmiastowe spotkania organizowane są przede wszystkim w miejscach publicznych.

Na ulicy

Na staranne przygotowanie BPM (zresztą jak każdego innego konspiracyjnego kontaktu) zwraca także uwagę Vincent V. Severski. Podkreśla on, że pomimo iż samo zetknięcie się dotyczy tylko dwóch osób, przynajmniej kilka innych osób zabezpiecza teren. I wszystko musi się dziać według szczegółowego scenariusza:

„To był dwustumetrowy odcinek, ale nie wolno mu było pokonać go szybciej niż w ciągu piętnastu minut. Czas musiał mieć idealnie zgrany nie tylko z odległością, lecz także z legendą przebywania w tym miejscu. Żadne nerwowe spoglądanie na zegarek nie wchodziło w grę, bo mogło być dekonspirujące. I to było właśnie idealne zadanie dla Jagana, bo on zegarka nie potrzebował, a odległość potrafił ocenić z dokładnością do pół metra.

Giena siedział niecałe sto metrów dalej w audi na parkingu przy ulicy Krakowskiej i miał dobry widok w obie strony.

Wszystkie cztery ulice tworzyły kształt zbliżony do trapezu, z czterema ostrymi zakrętami. Dwie dłuższe miały po dwieście dwadzieścia cztery i dwieście trzydzieści metrów, krótsze po sto czterdzieści pięć i sześćdziesiąt sześć. Wszystkie były proste, o dobrej widoczności i zmiennym natężeniu ruchu. Obwód całości liczył sześćset sześćdziesiąt pięć metrów. Idealny szpiegowski kręciołek, który wyłowi każdy ogon.

Między dwunastą czterdzieści pięć a trzynastą powinno się pojawić srebrne volvo o numerze rejestracyjnym W 065699, z Witalijem Bobriukowem za kierownicą, i powoli, uważnie zatoczyć trzy kółeczka. Miał to być ostatni element trasy sprawdzeniowej przed przekazaniem przesyłki.”[6]

Wiktor Suworow zauważa, że nie zawsze osoby przekazujące sobie przesyłkę się znają. Dlatego, aby mieć całkowitą pewność, że informacja trafi we właściwe ręce, stosować trzeba znaki rozpoznawcze, a nawet hasła:

„Moje znaki rozpoznawcze, to japońskie radyjko w lewej ręce i znaczek piłkarski w klapie. Jego mam poznać po tym, że zjawi się punktualnie o trzynastej i zapyta o godzinę, stojąc po mojej prawej ręce.”[7]

Clancy, Preston i Child przekonywali wcześniej, że do BPM przydają się umiejętności prestidigitatorskie. Jednak Bogusław Wołoszański podpowiada sposób, który nie wymaga opanowania trików, tylko trochę wyobraźni i dobrego planowania:

„Szedł energicznie, starając się dostrzec każdy gwałtowny ruch w pobliżu, który mógłby być sygnałem zagrożenia. Z szarej masy nierozpoznawalnych ludzi wyłoniła się kobieta, pchająca wózek z dzieckiem. Minął ją szybkim krokiem i wiedząc, że kiosk zasłania go przed obserwacją kogokolwiek stojącego dalej, upuścił kopertę na nóżki dziecka. Dostrzegł, jak kobieta przykryła kopertę kocykiem w niebieską kratę. Kilka kroków dalej nad wózkiem pochyliła się babcia, aby radośnie przywitać się z wnukiem. Wystarczyły sekundy, aby brązowa koperta znalazła się w jej torbie, luźno zwisającej z ramienia. Prawdopodobieństwo, że ktoś obserwujący tych ludzi mógł dostrzec, w jaki sposób koperta ze skrytki trafiła do torby kobiety, było żadne.”[8]

Inny ciekawy sposób wymyślił Andrzej Zbych. W przygodach Hansa Klossa wiele jest szczegółów o szpiegowskich sztuczkach. Także o sprytnym BPM:

„Stary człowiek zauważył zapewne, że niemiecki oficer zapalił papierosa, dlatego wstał z ławki i poszedł za nim w odległości, jaką nakazywał respekt i strach. Pewnie ma nadzieję, że młody oficer nie dopalił do końca papierosa, że ciśnie gdzieś niedbale niedopałek zgnieciony butem. Czy najbardziej szczwany szpicel mógłby przypuścić, że niedopałek, który właśnie podniósł stary człowiek i włożył do blaszanego pudełeczka po tytoniu z wymalowanym na wieku portretem marynarza, zawiera kilka informacji, których ujawnienie naraża zarówno oficera, rzucającego nie dopalonego papierosa, jak i starego człowieka na zarzut zdrady głównej?”[9]

Miejscem jeszcze lepszym niż ulica, bo o dużym natężeniu ruchu i zwykle dającym możliwości dalszej jazdy z wieloma kombinacjami przesiadek, jest metro. Dlatego Tom Clancy wiele miejsca poświęcił opisom spotkań na peronach i w wagonach.

W metrze

Misternie zaplanowany system błyskawicznych kontaktów – zaczynający się w łaźni publicznej, ale wykorzystujący kilka starannie dopracowanych spotkań można znaleźć w „Kardynale z Kremla”. Clancy opisuje je z zarówno jako bezstronny narrator, relacjonujący zdarzenia, ale także jako analityk śledztwa, które toczyło się po zdemaskowaniu jednego z ogniw łańcucha:

„Łaziebny czekał na zewnątrz. Filitow oddał mu witki oraz ręcznik i poszedł wziąć zimny prysznic. (…)

Chłopak z łaźni miał szeroki zakres obowiązków. (…) Wyszedł więc z łaźni tylnymi drzwiami i poszedł do pralni, której kierownik więcej zarabiał na sprzedaży wódki <na lewo> niż na chemicznym czyszczeniu odzieży. (…) Przy okazji łaziebny oddał mu małą kasetę fotograficzną, którą otrzymał od tamtego z brzozowymi witkami. (…)

Pralnia chemiczna obsługiwała głównie klientów zagranicznych, takich jak dziennikarze, biznesmeni, paru dyplomatów, a także pewną Rosjankę, która przynosiła do czyszczenia swoją odzież kupioną na Zachodzie. Odebrała właśnie angielski płaszcz, zapłaciła trzy ruble i wyszła. Przeszła kilkaset metrów do najbliższej stacji metra, zjechała ruchomymi schodami na peron, wsiadła do pociągu linii żdanowsko-krasnopresnieńskiej, oznaczonej na planie miasta kolorem czerwonym. W zatłoczonym wagonie nikt nie zauważył, że przekazała kasetę. W gruncie rzeczy sama nie widziała nawet twarzy tego mężczyzny. On z kolei wysiadł na następnej stacji Puszkinskaja i zjechał na perony stacji Gorkowskaja. Dziesięć minut później kasetę przekazano dalej, tym razem Amerykaninowi, który po trwającym do późna w nocy przyjęciu dyplomatycznym, nieco spóźniony jechał rano do swojej ambasady.”[10]

Jednak nawet tak staranie zorganizowany system nie okazał się niezawodny. Odbiorca przesyłki od klientki pralni chemicznej, która chowała przesyłkę w kieszeni płaszcza, wpadł w ręce KGB, i jak należało przypuszczać w końcu opisał sposób przekazywania pakietów. Przy okazji wyjawił kilka szczegółów:

„Kim jest ta kobieta, którą spotykaliście w metrze?

– Nie wiem, jak się nazywa. Jest po trzydziestce, ale wygląda młodo. Ładna, szczupła, jasne włosy. Zawsze dobrze ubrana, jak cudzoziemka. (…) Zwykle ma na sobie zachodni płaszcz. To widać po materiale i kroju. (…) Mój sygnał to położenie ręki na jej tyłku. (…)

– Ile razy się spotkaliście?
– Tylko pięć. Nigdy tego samego dnia tygodnia, bez stałego rozkładu, ale zawsze w drugim wagonie tego samego pociągu.
– A człowiek, któremu przekazywaliście film?
– Nigdy nie widziałem jego twarzy, w każdym razie całej. Zawsze trzymał się poręczy u sufitu, a gdy obracał ku mnie głowę, to w taki sposób, żeby ręka zasłaniała mu twarz od mojej strony. Widziałem tylko jej kawałek, nigdy w całości. Myślę, że to cudzoziemiec, choć nie wiem, jakiej narodowości.
– Pięć razy i nigdy nie widziałeś jego twarzy?! (…)

– Nosi okulary, z pewnością zachodnie. Zwykle jest w kapeluszu. No i trzyma złożona gazetę, <Izwiestia>, zawsze <Izwiestia>. Między gazetą a jego ręką można zobaczyć tylko jedną czwartą twarzy. Jego sygnał, że jest gotów do odbioru, to lekkie odwrócenie gazety, tak jakby szukał dalszego ciągu artykułu. Potem odwraca się, kryjąc twarz.
– Jak się odbywa przekazanie? Powtórzcie!
– Gdy pociąg staje, on idzie do przodu, jakby przygotowując się do wyjścia na następnej stacji. Mam to w ręku i kiedy przechodzę do wyjścia, odbiera to za plecami.
– Znacie więc jej twarz, ale ona nie zna waszej. On widział waszą twarz, ale wy jego nie… – Używa tej samej metody odbierania materiału. Dobry kawałek roboty operacyjnej, ale dlaczego stosowany jest dwa razy w tym samym kanale? KGB także stosuje te metodę. Jest trudniejsza od innych, szczególnie w zatłoczonym metrze, w godzinach szczytu. (…) Najpowszechniejszy sposób przekazywania materiału, czyli za pomocą skrzynki kontaktowej, w tym kanale łączności nie był używany. To też było zastanawiające. Powinna być przynajmniej jedna skrzynka kontaktowa, wtedy KGB mogłaby dojść po nitce do kłębka…”[11]

Ten sam Clancy, który w „Kardynale…” kładł nacisk na staranne planowanie i perfekcję w wykonaniu, w innej powieści sprowadza BPM do banalnego spotkania w metrze. I to bez zbytniej konspiracji, bo przekazujący i odbiorca nawet rozmawiają ze sobą. Widocznie tak też można:

„Pociąg wjechał na kolejną stację. Bixby wstał i powiedział cicho:

– Do zobaczenia.
– Jesteśmy w kontakcie – odparł Clark.

Bixby zniknął w tłumie opuszczającym stację Tarasa Szewczenki. Clark, nie podnosząc wzroku znad książki, położył lewą dłoń na siedzeniu, które przed chwilą zajmował Bixby, i zgarnął małą, złożoną karteczkę. Wsunął ją do kieszeni. Nie miał wątpliwości, że widnieje na niej numer szyfrowanego telefonu, pod którym zastanie Bixby’ego.”[12]

Na parkingu

Innym popularnym miejscem do organizowania błyskawicznych spotkań są parkingi. Jest tam wiele miejsc, w których takie spotkanie będzie całkowicie zasłonięte przed oczami postronnych. Ale trzeba to starannie wcześniej przeanalizować. Ważne jest także, żeby nie doszło do pomyłki przy oddawaniu zakamuflowanej przesyłki. Frederick Forsyth, należy do autorów nie pozostawiających wiele przypadkowi. Dlatego i rozpoznanie, i sposób przekazania zostały starannie przemyślane – co jednak w tym przypadku spowolniło akcję i chyba już przestała spełniać kryterium „błyskawicznej”, ale mimo to warto przeczytać:

„Zajechał na parking przed hotelem Kings Ford Park w wiosce Layer-de-la-Haye, na południe od Colchester. Lundqvist wysiadł i rozprostował kości. Była to pora na poranną kawę, więc na parkingu stało kilka pustych samochodów. Spojrzał na zegarek. Do spotkania zostało pięć minut. Niedługo, ale wiedział, że gdyby się spóźnił, musiałby czekać dodatkową godzinę, a później zameldować się w terminie awaryjnym. Był ciekaw, czy łącznik się zjawi. W pobliżu nie było nikogo z wyjątkiem młodego mężczyzny majstrującego przy silniku motocykla BMW. Nie wiedział, jak wygląda człowiek, z którym ma się spotkać.

O jedenastej ktoś zapukał w szybę. Obok auta stał motocyklista. Lundqvist nacisnął guzik i szyba zjechała w dół.

– Słucham?
– Czy litera S na pańskiej tablicy oznacza Szwecję, czy Szwajcarię? – zapytał Anglik.

Lundqvist odetchnął z ulgą. Po drodze stanął i wyjął gaśnicę z bagażnika. Teraz leżała obok niego w worku z juty.

– Szwecję – odrzekł. – Właśnie przyjechałem z Goteborga.
– Nigdy tam nie byłem – odpowiedział mężczyzna i dodał nie zmieniając tonu: – Masz coś dla mnie?
– Tak. Jest w torbie na siedzeniu.
– Na parking wychodzą okna – powiedział motocyklista. – Objedź parking, miń motocykl i wyrzuć ją przez okno. Tak, żeby zasłonić bmw. Za pięć minut.

Wrócił do motocykla i znów zaczął dłubać w silniku. Pięć minut później saab stanął obok i torba upadła na ziemię. Motocyklista podniósł ją i wsunął do otwartej sakwy, zanim samochód odjechał.”[13]

Jak słusznie zauważa Forsyth przy takich działaniach warto pamiętać o wszystkich możliwych miejscach, z których zdarzenie może zaobserwować postronny obserwator. Dlatego wielu autorów woli lokalizować BPM-y w zamkniętych pomieszczeniach.

W toalecie

Podobnie jak przy organizacji martwych skrzynek, ulubionym miejscem spotkań w budynkach są toalety. Najczęściej chyba korzysta z nich John Le Carre. W „Małej doboszce” testuje spotkania w różnych wariantach, z paczką papierosów i bez:

„Przy sąsiedniej umywalce stała Rachel, ale Charlie potraktowała ją jak powietrze. (…) Tylko przez przypadek postawiła obok niej otwartą torebkę z paczką marlboro na wierzchu, tak jak poinstruował ją Josef. Nie widziała też ręki Rachel, podmieniającej paczkę marlboro na inną, ani szybkiego, uspokajającego mrugnięcia.”[14]

I kiedy indziej:

„W damskiej toalecie były różowe migoczące lampki (…) Rachel nakładała cień na powieki. (…) Ocierając się o Rachel, Charlie wcisnęła jej karteczkę. Odświeżyła się i wróciła do stolika.”[15]

Równie prosty BPM zaplanował John Grisham. Teczka zwyczajnie zmieniła właściciela:

„Spotkali się w toalecie. Luke, wówczas w idealnie skrojonym garniturze amerykańskiego dyrektora, umieścił dyplomatkę ze skóry węgorza przy ścianie obok umywalki, w której powoli mył ręce, i nagle teczka zniknęła. W lustrze mignął mu jakiś mężczyzna.”[16]

Z takim podejściem nie zgodziłby się Frederick Forysth. U niego nawet banalne spotkanie w toalecie, musi być poprzedzone starannym rozpoznaniem i potwierdzeniem odbiorcy, co także w tym miejscu powoduje przedłużenie spotkania:

„Załoga Aerofłotu zjadła spokojnie śniadanie, a o dziewiątej dwadzieścia dziewięć pierwszy oficer Romanow spojrzał na zegarek i udał się do męskiej toalety. Bywał tam już wcześniej, więc wiedział, do której kabiny powinien wejść. Drugiej od końca. Ostatnia miała już zamknięte drzwi. Wszedł do sąsiedniej.

O dziewiątej trzydzieści wsunął pod przegrodę mały kartonik z sześcioma cyframi. Spod przegrody wysunęła się dłoń, zabrała kartkę, napisała coś i przesunęła z powrotem. Romanow podniósł papier. Na odwrocie wypisano sześć cyfr, których się spodziewał.

Po potwierdzeniu tożsamości postawił tranzystor na podłodze, a ta sama dłoń przeciągnęła go w milczeniu na drugą stronę. Ktoś na zewnątrz korzystał z pisuaru. Romanow spuścił wodę, otworzył zasuwę, a następnie mył ręce, dopóki mężczyzna nie opuścił toalety. Wyszedł tuż za nim. Minibuis z Heathrow stał już przed hotelem. Żaden z członków załogi nie zauważył braku radioodbiornika sony.”[17]

W innym miejscu, zamiast pisania na kartce, rozpoznanie się uczestników wymaga rozmowy, ale najważniejszy moment, to tylko proste przekazanie zakamuflowanej przesyłki:

„Punktualnie o ósmej wszedł do publicznej toalety obok recepcji hotelu Post House. Niepozorny mężczyzna w szarym płaszczu przeciwdeszczowym mył właśnie ręce. Cholera, pomyślał Woźniak, jeśli łącznik się zjawi, będą musieli poczekać, aż Anglik wyjdzie.

– Dzień dobry. Czy to mundur jugosłowiańskich linii lotniczych?

Woźniak odetchnął z ulgą.

– Nie, pracuję w polskich liniach lotniczych.
– Polska to piękny kraj – odparł nieznajomy, wycierając ręce. Wydawał się całkiem rozluźniony. Woźniak robił to pierwszy raz w życiu. Pierwszy i ostatni, przysiągł sobie. Stał na pokrytej płytkami posadzce z golarką w dłoni. – Spędziłem wiele szczęśliwych dni w pana ojczyźnie.

Nareszcie, pomyślał Woźniak. Hasło brzmiało <wiele szczęśliwych dni>.

Podał mu golarkę. Anglik ściągnął gniewnie brwi i spojrzał na jedną z kabin. Wożniak zauważył, że drzwi są zamknięte. Ktoś był w środku. Nieznajomy wskazał wzrokiem półkę nad umywalkami. Woźniak położył na niej golarkę, a Anglik wskazał mu pisuary. Woźniak pospiesznie rozpiął rozporek i stanął przy jednym z nich.

– Dziękuję – wybełkotał. – Też uważam, że to piękny kraj.

Facet w płaszczu przeciwdeszczowym wsunął golarkę do kieszeni i pokazał mu pięć palców, sugerując, ile czasu powinien pozostać w toalecie.”[18]

Ponieważ w toalecie można liczyć na pewne standardy dyskrecji, nie trzeba nadmiernie kombinować z jakąś specjalną techniką przekazania przesyłki. Inaczej jest w innych pomieszczeniach, głównie punktach gastronomicznych.

W kawiarni, w restauracji

Bogusław Wołoszański koncentruje się na tym, że pakiet powinien być przede wszystkim miniaturowy:

„ – Pana reszta, dziękuję – kelnerka podała mu pieniądze.

Zebrał je ze spodeczka. Pod jednym z banknotów wyczuł przyklejoną bibułkę. Spojrzał przelotnie na kelnerkę, potwierdzając, że odnalazł ukrytą przesyłkę.”[19]

Z kolei Andrzej Zbych zwraca uwagę na identyfikację osób i technikę odbioru informacji:

„Rozłożył tymczasem przed sobą <Berliner Zeitung> i umieścił na rozpostartej gazecie paczkę papierosów <Privat>. W paczce był mikrofilm, który udało mu się wykonać. (…) Denerwował go także ten idiotyczny ceremoniał: rozpostarta gazeta, paczka papierosów i wreszcie hasło: <Spotkaliśmy się w Berlinie u Horscha>.

I odpowiedź: <Mieszkam niedaleko, dlatego tam chodzę>. (…)

Zręcznym ruchem ściągnęła ze stołu paczkę papierosów. Zniknęła w jej torebce.”[20]

Podobnie jak Forsyth, także John Le Carre uważa, że jeżeli przekazanie „towaru” wymaga chociażby chwili komentarza, nie należy z rezygnować z chwili rozmowy. Nawet kosztem przedłużenia spotkania:

„Rozejrzy się, gdzie można by usiąść – zupełnie otwarcie – potem podejdzie do ciebie i zapyta, czy ktoś korzysta z krzesła. Ty powiesz, że zająłeś je dla przyjaciela, ale przyjaciel się nie pojawił; Lansen zapyta czy może usiąść. Zamówi piwo, a potem zagadnie: <Ten przyjaciel to chłopak czy dziewczyna?> Odpowiesz, żeby nie był niedelikatny, obaj się roześmiejecie i zaczniecie rozmowę. Zadasz dwa pytania: o wysokość i szybkość przelotu. Sekcja badań musi znać wysokość i szybkość przelotu. Zostaw pieniądze w kieszeni swojego płaszcza, przewieś obok jego płaszcz i pomóż mu po cichu, bez zbędnego zamieszania, wziąć kopertę i wrzucić film do twojej kieszeni. Skończcie pić i podacie sobie rękę.”[21]

Także Henryk Bosak w niektórych miejscach relatywizuje problem rzekomej nieznajomości uczestników spotkania:

– Nowe elementy ujęłam ci w raporcie – wyjaśniła, podając pod stołem pudełko po zapałkach. – Jest nowy rezydent BND. Niestety nie znam jeszcze jego nazwiska.”[22]

Natomiast Vladimir Volkoff wprost wyśmiewa się z konspiracji. Jego zdaniem każda próba kamuflażu może tylko zwrócić czyjąś uwagę:

„Najprościej będzie, jak w piątek wieczorem przyjdzie pan na kieliszek do baru w Europie (…) i odda mi pan nasz przedmiot. Żadnego szacher-macher, odda mi to pan zupełnie otwarcie, bo w ten sposób nikt nie zwróci na to uwagi.”[23]

Bywa jednak, że z jakichś powodów nie da się ustalić spotkania w godzinach pracy restauracji, a i wszystkie inne miejsca, powodują za duże ryzyko. Wtedy trzeba poszukać miejsca oddalonego od cudzych oczu, a zarazem dostępnego o dowolnej porze. Takie kryteria spełniają przede wszystkim klatki schodowe.

Na klatce schodowej

Nawet jeżeli wydaje się, iż nie ma możliwości, że spotkanie zobaczy ktoś niepowołany, Tom Clancy podkreśla, że zawsze trzeba być ostrożnym:

„Obrócił się, by przekręcić klucz w zamku, potem podniósł teczkę i ruszył w stronę Foleya. Gdyby na korytarzu był ktoś jeszcze, zdziwiłby się, że żaden z mężczyzn nie zboczył ani na krok, by uniknąć zderzenia.

Odbyło się to błyskawicznie. Dłoń Foleya otarła się o rękę Kardynała, przejmując kasetę i oddając zwinięty paseczek papieru. Wydawało się, że w oczach agenta zauważył cień irytacji, ale nie padło ani słowo.”[24]

Ale lepszy system przekazywania proponuje Andrzej Zbych. Jego zdaniem idealnymi odbiorcami są osoby całkowicie naturalnie krążące po klatkach:

„ – Rachuneczek za gaz, panie hrabio – uśmiechnął się szelmowsko, wchodząc w otwarte drzwi. Nigdy nie zaniedbywał tej formuły, choć przeznaczona była dla kogoś, kto mógłby w jednym z sąsiednich mieszkań stać przy drzwiach. Oświetlił elektryczną latarką gazomierz, porządnie wypisał na kwicie ilość zużytego gazu, przyjął pieniądze, wprawnie odłączając od nich małą karteczkę, którą wsunął za otok czapki. (…)

Mocno uścisnęli sobie dłonie. Wizyta inkasenta z gazowni nie trwała dłużej, niż powinna była trwać. Obaj byli doświadczonymi konspiratorami i wiedzieli, że nawet taki drobiazg, jak przeciągnięcie wizyty inkasenta może stać się przyczyną nieszczęścia.”[25]

Co ciekawe, autorzy powieści szpiegowskich w zasadzie, przy spotkaniach związanych z przekazaniem kompromitujących materiałów, unikają hoteli. To zrozumiałe. Personel hotelowy bywa wścibski – z różnych powodów. Ale nie jest tak, że spotkania w „numerach” i apartamentach są w ogóle niemożliwe. Trzeba je tylko dobrze zalegendować.

W hotelu

Takie właśnie przewidział Frederick Forysth, zdarzenie można by nazwać „operacja czyściciel butów”:

„Kiedy oddali mu jego buty, nie znalazł niczego podejrzanego. Zgodnie z poleceniem miał w nich przylecieć na Heathrow.

Tego wieczoru w hotelowej recepcji zjawił się jakiś mężczyzna i grzecznie poprosił o numer pokoju pana Lichki. Pięć minut później, o wyznaczonej godzinie, rozległo się ciche pukanie do drzwi. Pod drzwiami ukazał się kawałek papieru. Lichka sprawdził hasło, uchylił drzwi na pięć cali i wystawił plastikową torbę zawierającą parę butów. Niewidzialne ręce odebrały torbę, a Lichka zamknął drzwi. Wrzucił skrawki papieru do ubikacji, spuścił wodę i odetchnął z ulgą.”[26]

W księgarni, w bibliotece, w sklepie

Także dosyć trudne jest wykorzystanie miejsca, w którym pracownicy muszą zwracać uwagę, czy ktoś czegoś nie kradnie. Z tego powodu księgarnie, biblioteki czy sklepy nie zdarzają się często. A jeżeli już, to na bardzo wyśrubowanych warunkach. Jak u Johna Grishama:

„Przekazanie informacji miało się odbyć metodą <otarcia>, a dokładnie osobistego spotkania kreta z prowadzącym, w którym nikt nie dopatrzyłby się niczego niezwykłego. Helen Wang zatrzymała się po pracy w sklepie Krogera w Bethsedzie. Przeszła na koniec dwunastej alejki, w której były półki z magazynami i książkami w miękkiej oprawie. Jej prowadzący kręcił się tam z egzemplarzem <Lacrosse Magazine> w rękach. Helen wzięła jeden z tych magazynów, szybko wsunęła do niego kopertę i zaczęła przeglądać, okazując znudzenie, a potem odłożyła go na półkę. Jej prowadzący grzebał w tygodnikach sportowych. Helen oddaliła się powoli, ale dopiero kiedy nabrała pewności, że wziął jej egzemplarz <Lacrosse Magazine>.”[27]

Z kolei Vladimir Volkoff wybrał bibliotekę:

„Następnego dnia rano Husajn przyszedł do biblioteki z ciemnobrązową teczką w ręku. W rotundzie zatrzymał się przed regałem zawierającym książki dostępne dla wszystkich użytkowników i sięgnął po słownik, położywszy teczkę na podłodze. Korpulentny młody człowiek o czarnych, kręconych i nigdy nie czesanych włosach, trzymający w ręku identyczną teczkę, zatrzymał się przy sąsiednim regale i wyjął z półki encyklopedię architektury. Teczkę także położył na parkiecie.

Husajn, przeczytawszy hasło poświęcone bractwu Nakszbandija i zrobiwszy kilka notatek, odstawił słownik na miejsce. Pochylił się, żeby wziąć teczkę, a jego dłoń spoczęła na teczce sąsiada. Żadnych porozumiewawczych gestów czy znaków.”[28]

No właśnie. Wymienili się teczkami. Żaden nawet nie próbował wynieść którejś z książek po kryjomu.

Inaczej jednak uważa Robert Littell. Najwyraźniej jego zdaniem biblioteka, to na tyle dobry azyl, żeby z niego korzystać. Dlatego dopuszcza zabieranie książek. Ale tylko pod dobrą legendą:

„Nazajutrz na parkingu za sklepem Kahna Eugene odkrył znak <X>, narysowany niebieską kredą na ściance wielkiego blaszanego kubła na śmieci. Wieczorem, po zajęciach z literatury amerykańskiej poświęconych pisarstwu Melville’a, powędrował do uniwersyteckiej czytelni i wyszukawszy w katalogu trzy opracowania na temat jego twórczości, usiadł na wolnym miejscu przy stoliku w kącie. Z plecaka wyciągnął kieszonkowe wydanie <Billy’ego Budda> w miękkiej oprawie i zaczął podkreślać interesujące go fragmenty, zerkając co pewien czas do podręczników. W bibliotece panował spory ruch. Co chwila ktoś brał książkę z półki lub odkładał z powrotem. Kiedy zegar wybił dwudziestą pierwszą, wysoka, chuda kobieta o rdzawych włosach, upiętych w luźny kok, zsunęła się bezszelestnie z krzesła przy sąsiednim stoliku i z kilkoma tomami pod pachą zniknęła wśród regałów. Pojawiła się znowu parę minut później już bez książek, wsunęła dłonie w rękawy płaszcza i wyszła głównymi drzwiami. (…)

Schował książkę, a potem, przewiesiwszy plecak przez ramię, wziął resztę tomów pod pachę i podszedł do regałów, żeby odłożyć opracowania na miejsce. Na półce, pośrodku sekcji Melville’a, stał opasły podręcznik robótek ręcznych. Rozejrzawszy się, czy nikt nie widzi, Eugene wrzucił książkę do plecaka, wrócił po wiszącą na oparciu krzesła skórzaną kurtkę i ruszył do wyjścia. Bibliotekarka przyjrzała mu się uważnie spoza szkieł okularów, lecz rozpoznawszy w nim studenta kursów wieczorowych, uśmiechnęła się życzliwie. Eugene otworzył plecak i podsunął jej pod nos, żeby mogła sprawdzić, że nie wynosi encyklopedii.

Zauważyła książkę o robótkach.

– Jest pan chyba jedynym studentem, który studiuje Melville’a oraz robótki ręczne – zachichotała.

Eugene starał się wyglądać na zakłopotanego.

– To dla mojej dziewczyny…”[29]

Jak widać autorzy powieści szpiegowskich są, w przypadku organizacji BPM-ów, bardzo kreatywni, ale nie jednomyślni. Opisują zarówno improwizowane spotkania, jak i te starannie przemyślane i zaplanowane. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać miłośnikom szybkiej akcji, te starannie zorganizowane, zabezpieczone, przewidziane w wariantach i szczegółach, wydają się ciekawsze.

Piotr Niemczyk


Przypisy

[1] Henryk Bosak; „Wnuk generała”; Wydawnictwo Jaworski; Warszawa 2000, str. 158;
[2] Henryk Bosak; „Werbownik”; Wydawnictwo Jaworski; Warszawa 2002, str. 102;
[3] Henryk Bosak; „Rezydent z Genewy”; Wydawnictwo Jaworski; Warszawa 2002, str. 208;
[4] Douglas Preston, Lincoln Child; „Miecz Gideona”; przekład Katarzyna Kasterka; Książki Gruner+Jahr Polska; Warszawa 2012, str. 249;
[5] Tom Clancy; „Kardynał z Kremla”; przekład Leszek Erenfeicht; Wydawnictwo Fabryka Sensacji; Warszawa 2011, str. 247;
[6] Vincent V. Severski; „Niewierni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2012; str. 725;
[7] Wiktor Suworow, „Akwarium”, przekład Andrzej Mietkowski, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2007, str. 186
[8] Bogusław Wołoszański; „Twierdza szyfrów”; Wydawnictwo Wołoszański; Warszawa 2004, str. 26;
[9] Andrzej Zbych; „Stawka większa niż życie. Kurierka z Londynu”; Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej; Warszawa 1989, str. 126;
[10] Tom Clancy; „Kardynał z Kremla”; przekład Leszek Erenfeicht; Wydawnictwo Fabryka Sensacji; Warszawa 2011, str. 68;
[11] Tom Clancy; „Kardynał z Kremla”; przekład Leszek Erenfeicht; Wydawnictwo Fabryka Sensacji; Warszawa 2011, str. 174;
[12] Tom Clancy, Mark Greaney; „Zwierzchnik”; przekład Jan Dzierzgowski, Wojciech Górnaś, Antoni Górny, Krzysztof Heymer; Fabryka Sensacji; Warszawa 2014, str. 210;
[13] Frederick Forsyth; „Czwarty Protokół”; przekład Zbigniew Kościuk; Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2011, str. 348;
[14] John Le Carre, „Mała Doboszka”, przekład Bohdan Maliborski, Świat Książki, Warszawa 2009, str. 474
[15] John Le Carre, „Mała Doboszka”, przekład Bohdan Maliborski, Świat Książki, Warszawa 2009, str. 487;
[16] John Grisham; „Raport Pelikana”; przekład Marek Fedyszak; Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2014, str. 33;
[17] Frederick Forsyth; „Czwarty Protokół”; przekład Zbigniew Kościuk; Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2011, str. 256;
[18] Frederick Forsyth; „Czwarty Protokół”; przekład Zbigniew Kościuk; Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2011, str. 346;
[19] Bogusław Wołoszański; „Twierdza szyfrów”; Wydawnictwo Wołoszański; Warszawa 2004, str. 51;
[20] Andrzej Zbych; „Stawka większa niż życie. Drugie narodziny”; Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej; Warszawa 1988, str. 121;
[21] John Le Carre; „Za późno na wojnę”; przekład Radosław Januszewski; Wydawnictwo Amber; Warszawa 2003, str. 17;
[22] Henryk Bosak; „Rezydent z Genewy”; Wydawnictwo Jaworski; Warszawa 2002, str. 67;
[23] Vladimir Volkoff; „Spisek”; przekład Beata Biały; Klub Książki Katolickiej; Dębogóra 2008, str. 334;
[24] Tom Clancy; „Kardynał z Kremla”; przekład Leszek Erenfeicht; Wydawnictwo Fabryka Sensacji; Warszawa 2011, str. 205;
[25] Andrzej Zbych; „Stawka większa niż życie. Kurierka z Londynu”; Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej; Warszawa 1989, str. 130;
[26] Frederick Forsyth; „Czwarty Protokół”; przekład Zbigniew Kościuk; Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2011, str. 328;
[27] John Grisham; „Ułaskawienie”; przekład Krzysztof Obłucki; Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2014, str. 295;
[28] Vladimir Volkoff; „Spisek”; przekład Beata Biały; Klub Książki Katolickiej; Dębogóra 2008, str. 307;
[29] Robert Littell; „W gąszczu luster”; przekład Dorota Walasek-Elbanowska, Aleksandra Lercher-Szymańska; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2005, str. 177;