201612.05
Kategoria Publikacje

O emocjach w wywiadzie …nieco osobiście


Wojciech Martynowicz

Wojciech Martynowicz

O emocjach w wywiadzie postanowiłem napisać jakiś czas temu po przeczytaniu wpisu zirytowanej Czytelniczki fan-page’a Vincenta V. Severskiego. Miała ona żal do Gospodarza o rzekome lekceważenie przez niego psychologii jako nauki. Ta sama Czytelniczka wyraziła tamże rozczarowanie brakiem wątku emocji w moim eseju o tyranii ekspertów. Cóż, życzenie naszych Czytelników jest dla nas rozkazem. Oto esej o psychologii, psychologach i emocjach równocześnie. Trzy w jednym. Jak ci  muszkieterowie. Nie… to jakoś inaczej szło. Czytajcie!

W najnowszym wywiadzie dla „Polska The Times” Vincent V. Severski poruszył między innymi tematykę emocji i roli jaką odgrywają w działalności wywiadu. Dlatego z uwagą przeczytałem ten wywiad, co i Państwu polecam. Wszystko co ma związek z komponentem psychologicznym w pracy służb specjalnych budzi moje naturalne zainteresowanie. Tym bardziej, że demon heurystyki dostępności natychmiast odnalazł w mojej pamięci wszystkie okazje przy jakich rozmawialiśmy z kolegami i koleżankami oficerami o psy… Nie, nie. Nie o psychologii, tylko o psychologach. Aha. I z góry przepraszam nasze koleżanki z wywiadu. Dla wygody Autora, płynności wywodu i dobra Czytelników w odniesieniu do dowolnej osoby z personelu wywiadowczego będę posługiwał się zwrotem „oficer”. Będzie on obejmował cały personel, niezależnie od płci czy stopnia służbowego.

Każdorazowo – a było to już w czasach słusznych, co nie jest obojętne dla tematu – gdy poruszałem temat udziału psychologów w naszej działalności, dyskusja natychmiast schodziła na naszych własnych (sic!). Tak, Zarząd Wywiadu UOP, a po nim Agencja Wywiadu miały do dyspozycji własnych psychologów. Oficerowie operacyjni widzieli ich udział wyłącznie w procesie rekrutacji. Przy czym zarzucali psychologom, że nie mają praktyki operacyjnej i dlatego nic nie pojmują ze „specyfiki służby”. I że ponoć nie znając tej „specyfiki” nie mogą właściwie oceniać czy kandydat na szpiega nadaje się czy się nie nadaje. Oficerom – analitykom było wszystko jedno. Psychologów w swojej działalności analitycznej nie potrzebowali. A o emocjach wiedzieli niewiele. I czy w ogóle istnieją.

Kawałek życiorysu

Takie rozmowy przypominały mi natychmiast moją własną przygodę z psychologiem i psychologią przy okazji rekrutacji. Rekrutem byłem ja. W moim CV oraz w jednym z tekstów („O kłamstwie”) rozpoznają Państwo ów szczególny moment. Gdy w 1993 roku moja służba ponownie upomniała się o mnie, jednym z warunków powrotu było przejście całego „procesu naboru” tak jak przechodzą go nowi rekruci.

Mam nadzieję, że Czytelnicy – zwłaszcza ci, którzy w wywiadzie nie pracowali – wybaczą rozbudowany poniżej wątek osobisty. Wydaje mi się mimo wszystko konieczny. Bo większość Czytelników ma całkiem dobre pojęcie o emocjach, ale nie o niuansach pracy w wywiadzie. No bo skąd? Chyba, że uchylimy im nieco drzwi… A tam zobaczymy bazę wyjściową do dalszych rozważań. Oczywiście o emocjach. W wywiadzie.

Ja miałem wtedy 40 lat, dwa lata przerwy w służbie, w dorobku rangę kapitana, kilkanaście różnych pozyskań i 11 lat służby, z czego ponad 3 lata w tropikach jako kierownik punktu operacyjnego w Lagos. To żadna tajemnica – w IPN jest zapewne całe moje dossier dostępne ciekawskim.

W tych tropikach trzy razy byłem pewnym kandydatem na umarlaka – dwa razy z powodu pewnej nieznanej mi samiczki o drobnej wręcz budowie. Tak, tak. Samiczki. Samicy komara z rodzaju Anopheles, która zapłodniła mnie parazytami „plasmodium falciparum” czyli zarodźcem sierpowatym, a w konsekwencji malarią. Przeżyłem. Raz – dzięki mojemu kumplowi szyfrantowi i polskiemu lekarzowi, który zaaplikował mi w pośladek właściwy zastrzyk z chlorochiny, zanim jeszcze zdążyłem skutecznie i ostatecznie „wyciągnąć kopyta”. Ówcześnie owe zarodźce nie były na ten lek odporne. Dziś już są. Zastrzyk przerwał proces mojego umierania na tyle skutecznie, że mogłem poczekać na kolejną samiczkę. Drugi raz przeżyłem dzięki lekowi wykorzystywanemu w czasach wojny w Wietnamie, pastylce o dźwięcznej nazwie „Fansidar”. Akurat ten był dostępny w aptece na lotnisku, gdzie właśnie zacząłem kolejny, nieoczekiwany „proces kopania w kalendarz”. Przeżyłem, gdyż przypadkowo przechodzący znajomy Libańczyk rozpoznał mnie i interweniował. I nie udało mi się przywitać ze świętym Piotrem (niektórzy powiedzieliby, że z Lucyferem).

Trzeci raz mogłem paść bohaterską śmiercią z powodu „ołowicy” niesionej długaśną serią wielkokalibrowego karabinu maszynowego buntowników, którzy zamiast w pokojowej demonstracji, postanowili pozbyć się ówczesnego dyktatora siłą. Zapewne aby zmienić go na innego. Też dyktatora. Niewątpliwie uznali, że biały osobnik poruszający się samochodem w pobliżu obiektu, do którego chcieli się usilnie dostać stanowi zagrożenie dla ich „rewolucji”. I wypruli w moją stronę ową serię. Pewnie byli słabo wyszkoleni, bo seria szła i szła, ale ciągle tuż obok mojego samochodu, który nie wiedzieć dlaczego poruszał się tak wolno, jakby przedzierał się przez miód. Ponieważ ja byłem zapewne nieco lepiej wyszkolony w jeździe samochodem pod ostrzałem niż owi strzelcy w prowadzeniu ognia do celu ruchomego, tego dnia udało mi się ujść cało. Co to były za emocje…

emocje

flickr.com by Kevin D. Edit by Tomasz Zając, CC BY 2.0

Z takim bagażem na karku miałem meldować się u mojej Pani Psycholog. Na testy. Nie było to dla mnie nowością, bo przechodziłem takie testy uprzednio, w 1978 roku, zanim zaproszono mnie do Starych Kiejkut. Wiem, że wtedy, w 1993 roku wyglądałem bardzo podejrzanie. Nie miałem garnituru. Miałem za to długie, sięgające prawie do połowy pleców lekko siwiejące włosy i takąż brodę, której resztki widać jeszcze dziś na mojej fotografii profilowej. Żeby nie wyglądać jak jeden z braci Gibb, włosy spiąłem w tak zwany „koński ogon”. Potem złośliwe koleżanki w Zarządzie Wywiadu uparcie nazywały to uczesanie – moim zdaniem bardzo eleganckie – „kucykiem”. Wyobrażacie sobie? „Kucyk”! Pewnie chciały mnie poniżyć, ale bohatersko znosiłem to wyzwisko. Z siłą i godnością osobistą. Godną oficera.

Tego dnia było pochmurno i deszczowo. Nie zdążyłem wypić porannej kawy spiesząc się na testy, dla których wybrano idiotyczną godzinę. Zbyt poranną jak na moje ówczesne przyzwyczajenia. Chyba byłem też w nie najlepszym humorze. Gdy wśród licznych testów przyszła kolej na technikę niedokończonych zdań nic nie zapowiadało katastrofy. Do dziś pamiętam dwa kluczowe i feralne pytania. Pytania, na które tego dnia lepiej było nie odpowiadać.

Pani Psycholog poprosiła o dokończenie zdania „Na bezludną wyspę zabrałbym ze sobą…”. Odburknąłem: „…walizkę książek…”. Pani była dociekliwa: „A ludzie są mi potrzebni do…”? „Do niczego!”

Kilka dni później wezwano mnie do szefowej komisji psychiatrycznej, która miała wydać ostateczny werdykt. Czy nadaję się, czy nie. Zaczęło się niby normalnie. Pani Doktor była w wieku dojrzałym, co sygnalizowało doświadczenie zawodowe, o uroczym wschodnim akcencie i równie uroczym warkoczu. Zaczęła mnie odpytywać z tematu „rodzina”. Trochę to trwało, ale odpowiadałem szczerze do bólu. Ostatecznie Pani Doktor wyznała, że jest w kłopocie. „Zdaniem młodej Pani Psycholog – powiedziała, sprawdzając coś w trzymanych na biurku papierach – jest pan SOCJOPATĄ!” Powiało grozą. Ja – socjopata! Zamiast „ja – znowu szpieg”!

Pani Doktor na szczęście zdecydowanie nie zgadzała się z tą hipotezą. „Moim zdaniem NIE jest pan socjopatą” – powiedziała. Kamień, który spadał z mojego serca gruchnął o podłogę z taką siłą, że prawie poczułem trzęsienie ziemi. – „Zadecyduje trzyosobowe konsylium z moim udziałem – kontynuowała – w obecności naszej młodej i niedoświadczonej koleżanki. To jej pierwsza ocena kandydata do służby w karierze. Proszę się nie martwić!”

Konsylium trwało długo ale nie wykazało ani mojej socjopatii ani innego stanu wykluczającego mój powrót do Firmy. Przeszedłem do kolejnego etapu. I ostatecznie Rzeczypospolita uznała, że jestem godzien.

Tyle tytułem wprowadzenia.

Dobrze. Ale co dalej?

Vincent V. Severski w swoich publicznych wystąpieniach kilka razy potwierdzał, że polscy oficerowie wywiadu nie mają „opieki psychologicznej”. Miał zapewne na myśli opiekę terapeutyczną w razie potrzeby. Oficerowie nie mają też kapelana. Jeśli chodzą do spowiedzi, to w swojej parafii. Faktycznie. Ale moim zdaniem obecność psychologów w filtrowaniu osób kandydujących do służby jest absolutnie niezbędna. Za to ich nieobecność, gdy oficerowie zmagają się z prozą służby, wydaje mi się niebezpieczna. Dla oficerów i dla służby. Dlaczego? Pora porozmawiać o emocjach.

Służba w wywiadzie jest oczywiście służbą elitarną. Nie tylko dlatego, że dopuszcza się do niej bardzo skrupulatnie wyselekcjonowanych kandydatów. Zasady selekcji – tak jak w naborze do jednostki „GROM” – są bardzo wyśrubowane. I chociaż nie ma w nich aż tak wysokich wymogów fizycznej sprawności jak u komandosów, to są inne, dostosowane do wyzwań znanych z praktyki wywiadowczej wielu pokoleń szpiegów. Wśród tych wymogów jest poszukiwanie osób, które będą w stanie przetrwać w warunkach skrajnie niekorzystnych, w obcym kulturowo otoczeniu, czasem jawnie wrogim. Które w skrajnym oddaleniu od ciepłych gabinetów i biurek zachowają wystarczającą dozę opanowania, aby podejmować samodzielnie optymalne decyzje w warunkach niepewności i ryzyka. Bowiem w terenie (czytaj: poza granicami państwa) oficer wyszkolony w Starych Kiejkutach, czy w innym ośrodku, często nie będzie miał natychmiastowego dostępu do zbiorowej mądrości całej wywiadowczej drabiny służbowej. Nikt mu nie podpowie, co może zrobić, gdy w realizacji dobrze zaprojektowanego przedsięwzięcia operacyjnego coś pójdzie nie tak.

Gdzie te emocje?

Na emocje w wywiadzie można spojrzeć na wiele sposobów. Ja mógłbym skupić się na dwóch. Pierwszy to wiwisekcja emocji indywidualnego oficera, który pracuje w dwojakim środowisku. Bezpiecznym, we własnym kraju i niebezpiecznym, poza granicami państwa. I drugie podejście – ogląd emocji obecnych niejako na zewnątrz tegoż oficera. Emocje w środowiskach, w których musi pracować, emocje wśród jego wrogów ale i współpracowników – agentów i innych osób. Ponieważ to drugie podejście to gotowe zaproszenie do doktoratu, rezygnuję. Zostaję przy wariancie pierwszym.

Nie mam tu miejsca na wykład o emocjach w ogóle, ani kompetencji do jego wygłaszania. Większość ludzi z absolutną pewnością powie, że wie co to jest emocja. Dopóki nie zapytasz ich o jej definicję. Ale tu spróbuję jedynie pokazać, jak emocje mogą wpływać na naszą pracę w wywiadzie i jej jakość.

Emocja to silne odczucie (świadome lub nieświadome) o charakterze pobudzenia pozytywnego (pod wpływem szczęścia, zachwytu, spełnienia) lub negatywnego (pod wpływem gniewu, odrazy, strachu). Z prac Paula Ekmana i innych psychologów wiemy, że istnieją tak zwane emocje podstawowe. Ekman zaliczał do nich początkowo tylko radość, smutek, pogardę, strach, gniew i wstręt. Lista jednak może być znacznie wydłużona. Żeby nie było, że coś pomijam to proszę, zmierzcie się z tym:

Jeśli emocją wiodącą będzie ZŁOŚĆ, to emocjami pochodnymi lub stanami uczuciowymi zbliżonymi będą: wzburzenie, frustracja, nienawiść, irytacja, wściekłość, gniew, zdenerwowanie, podrażnienie, zniecierpliwienie, zacietrzewienie, oburzenie, niechęć, pogarda, mściwość, desperacja, furia, uraza i szał.

Jeśli wiodącą emocją będzie RADOŚĆ, to emocjami pochodnymi lub stanami uczuciowymi zbliżonymi będą: euforia, błogość, podniecenie, szczęście, rozbawienie, entuzjazm, zadowolenie, zachwyt, wdzięczność, wesołość, ekscytacja, sympatia, życzliwość, satysfakcja, odprężenie, ożywienie, serdeczność, czułość, ulga, beztroska, spełnienie, docenienie i przyjemność.

Jeśli wiodącą emocją będzie SMUTEK, to emocjami pochodnymi lub stanami uczuciowymi zbliżonymi będą: zawód, gorycz, rozpacz, żal, melancholia, zmartwienie, przybicie, depresja, apatia, żałoba, przygnębienie, ból, zranienie i przygaszenie.

Jeśli wiodącą emocją będzie STRACH, to emocjami pochodnymi lub stanami uczuciowymi zbliżonymi będą: trwoga, niepokój, lęk, przerażenie, panika, obawa, niepewność, bojaźliwość, nieśmiałość, podejrzliwość, powściągliwość, zagubienie, wahanie i popłoch.

Profesjonalnych psychologów uprasza się w tym miejscu o niepastwienie się nad powyższymi wyliczankami. Dla niektórych Czytelników będą one jedynie dowodem na bogactwo języka polskiego.

Jeśli idzie o rozróżnienie emocji i nastrojów, to psychologowie czasem godzą się z definicją, że emocja trwa krótko. A nastroje dłużej. Czasem znacznie dłużej. Emocje wzbudzane są najczęściej w sytuacjach wymagających działań przystosowawczych. W trakcie działań operacyjnych wywiadu takich momentów jest mnóstwo. Ich (emocji) wzbudzeniu towarzyszy aktywność autonomicznego układu nerwowego wspierająca działanie. Nastroje z kolei wpływają na coś innego – modulują przetwarzanie informacji. Przykładowo nastrój nasila pamięciową dostępność pewnych treści i osłabia dostępność innych. Nastrój może też wpływać na sposób przetwarzania treści (np. pozytywny nastrój sprzyja twórczości, czego świadkami są obecnie Czytelnicy niniejszego eseju).

Są też emocje będące sumą dwóch lub więcej emocji. Zdaniem niektórych psychologów połączenie emocji podstawowych prowadzi do powstania emocji pochodnych. Przykładowo: radość + akceptacja = miłość lub przyjaźń; strach + zaskoczenie = groza lub trwoga; strach + wstręt = niepokój i ostrożność; radość + strach = poczucie winy; złość + wstręt = wrogość; złość + radość = duma. W niektórych badaniach ustalono, że emocje pochodne powstają wskutek pojawiania się emocji podstawowych w specyficznych sytuacjach społecznych: poczucie winy to strach przed karą za zabronione działania; wstyd to poczucie złości skierowanej na samego siebie; duma to radość z tego, że ktoś okazał się wartościowy we własnych oczach.

I jak tu, drodzy Czytelnicy uprawiać działalność wywiadowczą, gdy musimy operować na tak pogmatwanym materiale, jakim jest „homo-rzekomo-sapiens”?

Moja anatomia… strachu

Niestety, nie mamy wyboru. Świat zaludniony jest przez takich jak ja i Wy licznych „homo-nie-wiadomo-czy-na-pewno-sapiens”. Co więcej, przypominam tu, że szpieg to też człowiek i jako taki posiada własne emocje, o czym szeroko mówi Vincent V. Severski w sygnalizowanym wcześniej wywiadzie prasowym. W konsekwencji tworzy to dosyć skomplikowane konfiguracje. Bo oficer wywiadu musi realizować zaplanowane zadanie wywiadowcze niezależnie od stanu własnych emocji. Nawet najdzikszych. I niezależnie od nich musi wchodzić w różnorakie role, które wymagają prezentowania na zewnątrz takich emocji, jakie są charakterystyczne dla sytuacji, w jaką wprowadził nas rozwój wypadków (zwykle poprzez symulowanie).

Ponieważ nie mogę dopuścić, aby znużeni czytaniem tego eseju Czytelnicy przysnęli, skupię się wyłącznie na jednej, jedynej emocji. Bardzo ważnej i nieustannie obecnej w zawodowym życiu oficera wywiadu. O radości, smutku i złości napiszę innym razem.

Tą chyba najbardziej powszechną emocją (niektórzy nazwą to nawet uczuciem) w świecie wywiadu jest moim zdaniem STRACH. Paradoks? Absolutnie nie! Paradoksem jest to, że gdy zapytasz losowo wybranego oficera – gdybyś miał taką szansę – czy odczuwa strach, odpowiedź brzmiałaby „NIE!” I będzie to odpowiedź bardzo uczciwa. Trik polega na tym, że jest to strach nieuświadamiany. Odczuwany, ale nierejestrowany. Strach. To tak dokładniej, czegoż to lub o co się boimy w tym wywiadzie?

Złote pola

Po pierwsze boimy się o siebie. Są takie miejsca na świecie, gdzie „immunitet dyplomatyczny” oznacza tylko to, że gdy cię zastrzelą, to miejscowa władza to potępi i wyrazi ubolewanie. A czasem jest tak, że immunitetu nie ma. Boimy się też o nasze rodziny, zwłaszcza gdy razem z nami wyjeżdżają do dalekich krajów o odmiennej kulturze. Co prawda lubimy wierzyć, że nasi przeciwnicy honorowo stosują się do zasady nietykania rodzin. Tak, stosują się. Ci, którzy rozumieją pojęcie honoru podobnie do nas. Ale bywałem w miejscach, gdzie przeciwnikiem nie był oficer ichniego kontrwywiadu. Bywał nim rebeliant, partyzant, buntownik, bandyta i złodziej. I zdesperowany opozycjonista wobec miejscowego dyktatora. Tam zagrożenie i ryzyka z nimi związane były bardzo, bardzo asymetryczne. Do dziś uważam, że to cholernie niesprawiedliwe…

Po drugie boimy się o naszych współpracowników i naszych agentów. Pogardliwie kiedyś nazywani „kapusiami” nasi współpracownicy – Polacy, niebędący kadrowymi pracownikami wywiadu, stanowią bardzo ważny komponent pracy wywiadowczej. Ryzykują czasem więcej niż oficer prowadzący. Nie mają immunitetów, a mogą pójść siedzieć na długie lata do więzienia i nikt ich nie wymieni na sławnym moście. A czasem mogą nawet stracić głowę. Dosłownie. Więc należy im się szacunek. A kto z Was nie nadstawiał karku tak jak oni nadstawiali, niech się nie waży rzucać kamieniem. Ani niczym innym.

Nasi agenci to nie są aniołki. Ale podjęli się zadania dostarczania Polakom informacji, jakie mogą być istotne dla bezpieczeństwa Polski. Często ze szkodą dla ich własnych państw. Choć wiemy, że zdradzają tajemnice własnego kraju, to tkwi za tym aktem jakaś silna motywacja i równie silne emocje. Zapewne sami się boją. Dekonspiracji. My też się tego boimy.

Po trzecie boimy się o kolegów. Koledzy to bardzo ważny czynnik w pracy wywiadowczej. Wielokrotnie w moich profesjonalnych dyskusjach pojawiał się nam wątek o roli jaką spełnia „towarzysz broni”. A może być ona niebagatelna. Czasem, gdy okoliczności na to pozwalają i gdy równocześnie istnieje taka potrzeba, operację wywiadowczą prowadzoną przez jednego oficera zabezpiecza kolega lub nawet ich cała grupa. Na czym takie zabezpieczenie polega nie będę teraz wyłuszczał. Nie żebym się obawiał ujawnienia strasznych tajemnic, na które czyha obca służba. Ta obca służba stosuje dokładnie takie same metody jak nasza. Wygrywa ten, kto popełnia mniej błędów. A obecność dodatkowej pary oczu i uszu, dodatkowego samochodu, dodatkowej kamery lub mikrofonu, pomaga w unikaniu błędów.

W socjologii istnieje pojęcie „gwiazdy socjometrycznej”. W szkolnej klasie pyta się uczniów z kim chcieliby siedzieć w jednej ławce (przy założeniu, że są dwuosobowe). W naszym zawodzie „gwiazdy” poszukuje się pytając: „Z którym kolegą poszedłbyś realizować zadanie wywiadowcze bez obawy, że skrewi?” Dlatego boimy się o dobrych kolegów. Bo czasem o nich trudno.

Po czwarte boimy się o nasz kraj. Kto by nim nie rządził, ten obszar między Bałtykiem a Tatrami, między Sanem i Odrą, łaskawie nam Polakom przydzielony kiedyś na licznych międzynarodowych konferencjach, ciągle i nieustająco jest Ojczyzną Polaków. Wszystkich. Bez wyjątku. Nawet tych, co siedzą od 70 lat w Australii lub Kanadzie. Albo gdzie indziej. Na przykład w Kazachstanie. Lub w więzieniu w Kolumbii. Dlaczego się boimy o nasz kraj? To bardzo obszerny temat. Temat na inny czas i inną opowieść.

Po piąte boimy się też o naszych sojuszników. Co? Sojuszników? Tak, tak właśnie. I nie inaczej.

Strach można oswoić. W wywiadzie robimy to codziennie.

Wojciech Martynowicz


Komentarze