201701.10
Kategoria Publikacje

Słowem wstępu od Fundacji Po.Int: Bezpieczeństwo kraju i jego rozwój ekonomiczny są funkcją jakości nauki i szkolnictwa wyższego. Sytuacja w tej sferze pozostaje natomiast w ścisłym związku ze sposobem i skutkami kształcenia na poziomie podstawowym i ponadpodstawowym. Dlatego warto się zastanowić, jakie skutki będzie miała kolejna reforma edukacyjna. Nie tylko dla bezpieczeństwa socjalnego nauczycieli, nie tylko dla budżetów samorządów, ale przede wszystkim – dla intelektualnego rozwoju młodego pokolenia Polaków.

Do tej pory „reformy” w tym obszarze oznaczały zazwyczaj marsz po równi pochyłej w dół. Niestety.


Dlaczegoś biedny…?


Tomasz J. Bajerowski

Kogo obchodzi stan polskiej nauki? Kogo obchodzi stan polskiego szkolnictwa, na jakimkolwiek poziomie? Odpowiedzi na pytania są albo oczywiste, albo pytania są retoryczne. Mnie obchodzi. Można o tym bardzo długo, ale jak będzie długo, to nikt nie przeczyta. Nikt się nie zaduma. Nikt z adresatów, a nie są nimi moi towarzysze niedoli… Myślenie boli.

Dawno temu, ale w istocie nie aż tak dawno, kiedy podjąłem pracę w Akademii, naczytałem się o misji Uniwersytetu, o wolności uniwersyteckiej, o Mistrzach i Uczniach, o Szkołach Profesorskich i o tym, że będą mi płacić za to, że wątpię…

Właśnie zaczynam, ale nie w sensie metaforycznym, a dosłownym.

Najgorszą rzeczą w rozwoju naukowym jest zatracenie w sobie „umysłu dziecka”. To wg Einsteina chyba. Dziecko o wszystko pyta, wszystkiemu się dziwi, dla dziecka nic nie jest oczywiste, ale Rodzic jest autorytetem. Rodziców się nie wybiera – Mistrzów i autorytety tak, a Mistrzów i autorytety powinniśmy spotykać na Uniwersytetach.

W tym duchu przetrwałem na Uniwersytecie 30 lat. Celowo napisałem „przetrwałem”, bo jeszcze kilka lat temu twierdziłem, że nie przepracowałem w życiu ani godziny, myśląc o zatrudnieniu na Uniwersytecie. To była czysta, zdrowa zabawa… To nie była praca. To było zajęcie, które dawało satysfakcję i radość z tego, co się robi, i to zarówno w dydaktyce uniwersyteckiej, jak i badaniach naukowych. Mam wypromowanych 11 doktorów, dwunasty „w drodze”, tytuł profesora uzyskałem w osiemnastym roku pracy na Uniwersytecie. Wydaje mi się, że mam prawo zabrać głos w dyskusji o kondycji nauki i edukacji polskiej.

Gdy zaczynałem, było tak jak w książkach pisali, zwłaszcza jeśli chodzi o owego Ducha Uniwersyteckiego.

Zmieniło się. Dziś potrafię iść do pracy bez entuzjazmu.

Dziś chodzę do pracy. W pracy wypełniam „tony” papierów, które mówią co robię i co mam zamiar robić. Mam pisać strategię rozwoju jednostki i poszczególnych jej pracowników. W pracy „robię” sylabusy, według których mam prowadzić wykłady i mam się strzec poruszania zagadnień, które tam nie są opisane – bo mnie student zadenuncjuje, że wykładam niezgodnie z sylabusem (czy jak, go tam zwał). Mam wymyślać „ofertę dydaktyczną” – sprzedam dwa przedmioty, a trzeci dołożę gratis. W promocji egzamin „na migi”.

flickr.com by Pedro Alonso, CC BY 2.0

Mam komercjalizować badania naukowe. Ja, uczony z zakresu nauk technicznych, a nie kaufmann w hipermarkecie albo przedstawiciel sieci sprzedaży whisky. Im przynajmniej dają telefony komórkowe, samochody i płacą…

Dziś chodzę do pracy, bo gdzie w niej owa wolność myśli uniwersyteckiej? A gdzie mam eksperymentować z nową i nawet jeszcze niepotwierdzoną wiedzą, która może okazać się użyteczna dla tych, spośród moich studentów, którzy zechcą słuchać wykładu ze zrozumieniem (zechcą i potrafią, bo wyraźnie widać, że nikt ich tego wcześniej nie uczył). Ta wiedza „może się okazać”, ale oczywiście nie musi – ale to jest Nauka, tu nie ma nic pewnego, zapisanego w sylabusie. To jest Uniwersytet.

To było „słowo” o dydaktyce. O dydaktyce, która przecież w sposób naturalny z nauki ma wynikać. A o nauce?

Nie mogę zatrudnić w Katedrze zdolnych absolwentów studiów. Nie mogę nawet zatrudnić zdolnych i obiecujących doktorów. Nie mogę, bo uzależnione to jest od tzw. godzin dydaktycznych realizowanych przez pracowników Katedry. Nie ma godzin, nie ma Nowej Krwi. Nie ma Nowej Krwi – nie ma rozwoju. Jeśli Katedra dysponuje nadmiarem godzin dydaktycznych, to też jeszcze nie mogę zatrudnić zdolnych doktorów, bo chętni muszą się wykazać już na starcie publikacjami w tzw. punktowanych pismach naukowych światowej klasy – tuż po ukończeniu studiów doktoranckich, ale mam wypromowanych doktorów, którzy takich studiów nie kończyli… W pewnych dziedzinach wiedzy jest to mocno trudne. Jeśli uda się takiego kandydata znaleźć, to jest zatrudniany z reguły na coś w rodzaju okresu próbnego, po czym znowu musi w trybie konkursowym wygrać swoje stanowisko adiunkta, a wymagania się nie zmieniają, lub potrafią być ostrzejsze – znowu po jakichś dwóch latach musi się wykazać takimi publikacjami. A wynagrodzenie jest na takim poziomie, że tylko fascynaci się na to decydują. Mam kolegów, którzy „uwikłani w system”, są po habilitacji i pracują na stanowiskach wykładowcy, a nawet asystenta! Po habilitacji… Bo system oceny i przydatności ich tam ulokował.

Publikacja w renomowanym piśmie kosztuje. To fachowe tłumaczenie, to redakcja, to wreszcie częstokroć opłata za sam fakt publikacji. Ostatnio zdarzyło się, że moi młodsi Koledzy z Katedry chcieli wysłać materiał do pisma, które życzy sobie za ową publikację kilkaset dolarów amerykańskich. Możemy to sfinansować z tzw. badań statutowych, które są z roku na rok coraz niżej finansowane, albo z kieszeni własnej. Kilkaset dolarów…. Cztery takie publikacje i na przysłowiowe ołówki zabraknie.

To koszt publikacji – a prowadzenie badań?

Oczekuję od Państwa dotacji, oczekuję, bo pracuję w uczelni publicznej. Samymi grantami, w tym systemie rozdzielnictwa, nauki się nie sfinansuje, no chyba że w ośrodkach tzw. wiodących, które w pewnym sensie same te granty rozdzielają. Przypomina mi się stare porzekadło:

Dlaczegoś  biedny? Boś głupi. Dlaczegoś głupi? Boś biedny.

Wysokość dotacji, którą ustalają ministerialni urzędnicy „od nauki”, zależy od wyników oceny potencjału naukowego jednostek. Ten wynika z liczby istotnych publikacji. Te kosztują. I tu pojawiły się magiczne słowa: „urzędnicy od nauki”.

To oni nam tak to wszystko urządzili. To oni nawymyślali bzdurne punktacje, bzdurny, bo nieefektywny i za grosz nie obiektywny system grantowy, stanowiący swoiste alibi dla impotencji intelektualnej owych urzędników. To oni. Tylko, że oni skądś się wzięli. Tych „onych”  „wykształciły” Uniwersytety. Czyli my, w pogoni za dotacjami liczonymi „od liczby studentów”, to my w realizacji powszechnej edukacji wyższej, to my wychowaliśmy tych „urzędników od nauki”.

Musiał skończyć studia, to skończył. Nigdzie się nadawał do pracy, bo tylko skończył studia, tylko ma „papiery” inżyniera czy magistra, ale nic nie potrafi, bo upowszechnienie szkolnictwa, bo likwidacja egzaminów wstępnych, bo ilość nigdy nie przechodzi w jakość. Dużo studentów, to przy wymuszonych oszczędnościach tzw. duże grupy ćwiczeniowe. Nawet na kierunkach technicznych. Duże grupy, to brak relacji mistrz-uczeń, bo mistrz zwyczajnie nie zna tych „uczniów”. Duże grupy, to oczywista oszczędność, bo zamiast za zajęcia w dwóch, płaci się nauczycielowi za zajęcia w jednej. To jednocześnie obniżenie poziomu kształcenia.

Powtórzę, to my pozwalamy kończyć studia ludziom, którzy nie powinni się nawet na nie dostać. To my produkujemy głupków, którzy nie znalazłszy pracy w zawodzie „idą w politykę”, a później dostają posady urzędnicze i nam urządzają życie wg swojej wizji. Wizji ograniczonej, bezrozumnej, analfabetycznej. Wizji wynikającej z tego, że jedyne intelektualne wyzwanie w życiu, jakiemu musieli sprostać, to „system” rozwiązania testu. Dobrze, jak nie wielokrotnego wyboru.

Procedury, paragrafy, druki, testy, oceny. Zaraz chipy i ciągły monitoring. Uniwersytet staje się fabryką. Staje się fabryką w korporacji, w której wyścig szczurów, prędzej czy później zapędzi nas do mysiej dziury. Obawiam się, że właśnie tam włazimy.

„Nauka się zawsze z głodu brała”. Tak kiedyś, na początku mojej kariery naukowej, powiedział do nas, młodych uczonych nasz ówczesny Szef, Profesor Andrzej Hopfer. Zawsze miał dystans i doskonałe poczucie humoru. To był nasz Mistrz. Jestem pewien, że nie tylko głód organiczny miał na myśli, bo status finansowy profesora w Polsce, to nie tylko ściśle z kondycją nauki związany problem, to również efekt wieloletniej „polityki neutralizacji” inteligencji w Polsce…

Prof. dr hab. inż. Tomasz J. Bajerowski

Komentarze