201602.11
Kategoria Komentarze

„Wojna” irańsko-saudyjska

1. Konflikt saudyjsko-irański sprokurowany został świadomie przez Rijad i jest częścią próby ponownego wepchnięcia Iranu w izolację międzynarodową.
2. Jednym z najważniejszych celów Arabii Saudyjskiej jest niedopuszczenie do powrotu Iranu na rynki ropy naftowej. Może to uzyskać tylko prowokując Teheran do działań, które ściągną nań oburzenie opinii europejskiej.
3. Konflikt z Iranem to kolejny dowód na coraz większą niezależność polityki saudyjskiej od USA.
4. Jest mało prawdopodobne, by któraś ze stron była zainteresowana bezpośrednią konfrontacją militarną. Konflikt realizowany będzie poprzez proxy war w Jemenie oraz tzw. Państwie Islamskim.

Daniel Boćkowski

Daniel Boćkowski

4 stycznia 2016 roku minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski ogłosił w programie „Jeden na jeden” nadawanym w TVN 24, iż eskalacja napięcia spowodowana straceniem przez władze saudyjskie szyickiego duchownego Nimra al-Nimra doprowadzić może do wybuchu wojny pomiędzy Arabia Saudyjską a Iranem. Kilka dni później prof. Tomasz Aleksandrowicz w Polsat News 2 nie wykluczył, że do takiego starcia może dojść. Czy rzeczywiście Bliski Wschód stanął na krawędzi wojny religijnej, bo taką formę przybrałby konflikt dwóch fundamentalistycznych reżimów w tym rejonie świata? Czy grozi nam konflikt, który wpłynie bezpośrednio nie tylko na sytuację geopolityczną na Bliskim Wschodzie, ale też na rynki surowców energetycznych?

Niewątpliwie mamy do czynienia z największym od kilkudziesięciu lat kryzysem na linii Rijad – Teheran, sprowokowanym przez władze saudyjskie i skwapliwie wykorzystanym przez część polityków irańskich. Po obu stronach mamy też siły dążące do konfrontacji. W Iranie są to najbardziej twardogłowe grupy konserwatywnych posłów, odpowiedzialne (jak donosił m.in. TVN24) za wstrzymanie w listopadzie 2015 roku deinstalacji wirówek w ośrodkach nuklearnych Natanz i Fordow zgodnie z zawartym w lipcu porozumieniem nuklearnym ze światowymi mocarstwami. Uważają oni aktualny kurs Iranu (ustępstwa nuklearne wobec USA) za przejaw słabości Republiki Islamskiej. Z kolei w Arabii Saudyjskiej jest to „młoda” generacja saudyjskich książąt, którzy po śmierci Abd al-Aziz Al Su’uda nie są już tak skłonni do współdziałania ze słabnącymi na arenie międzynarodowej Stanami Zjednoczonymi. Nie mają kompleksów ich „prapradziadka”, twórcy państwa saudyjskiego, Abd al-Aizaza ibn Sauda, który na krążowniku USS Quincy, w trakcie spotkania z prezydentem USA Franklinem Delano Rooseveltem, zawarł wpływającą do dziś na losy świata umowę.

Po stronie Saudów widać raczej ogromny niepokój dotyczący aktualnej geopolitycznej sytuacji na obszarze MENA. Można odnieść wrażenie, że nikt w Rijadzie nie liczył się z tak znaczącym powrotem na arenę międzynarodową Iranu. Porozumienie Iranu z USA, wyciągające ten kraj z wieloletniej izolacji międzynarodowej, otwarty dzięki tym zmianom dostęp do nowoczesnych technologii wydobywczych, coraz aktywniejsze działanie Iranu w Syrii, Iraku, Libanie oraz Sudanie (gdzie dochodzi do wzorcowego starcia typu proxy war obu tych potęg) oraz pojawienie się na Bliskim Wschodzie Rosji jawnie walczącej po stronie znienawidzonego Baszara al-Asada oraz grającej w tej kwestii w jednej drużynie z Teheranem musiało wywołać szok. Jeśli dodamy do tego działania administracji amerykańskiej, która porozumienie z Iranem uznała za swój priorytet, zapewne nawet kosztem dworu saudyjskiego i jego interesów, potencjalny moment konfrontacji zbliżał się wielkimi krokami.

Nie wiemy, co spowodowało tak gwałtowny kurs kolizyjny Saudów na przełomie 2015 i 2016 roku. Rijad musiał bowiem doskonale zdawać sobie sprawę ze skutków decyzji o straceniu Nimra al-Nimra. O tym, że nie był to przypadek, świadczy fakt rozpoczęcia, niemal w tym samym czasie, kolejnej ofensywy w Jemenie. Konflikt w Jemenie od samego początku jest wzorcowym przykładem wojny zastępczej. Mimo ogromnego nakładu sił i środków oraz przytłaczającej przewagi technicznej w sprzęcie, armia saudyjska okazała się bezradna, nie osiągając praktycznie żadnego z założonych celów. Wspierający zbuntowanych Huti Iran zablokował działania wojsk saudyjskich. Odbyło się to wprawdzie kosztem prowadzonych w Iraku operacji przeciwko Państwu Islamskiemu, jednak – jak wynika z ostatnich sukcesów wojsk irackich w Ramadi – nie osłabiło aż tak znacząco sił wiernych rządowi w Bagdadzie.

Gdzie zatem tkwi powód tak dużej aktywności Saudów? Dlaczego zdecydowali się doprowadzić do konfrontacji politycznej z Iranem oraz – de facto – z całym światem szyickim? Odpowiedź na to pytanie pozwoli nam, przynajmniej teoretycznie, dokonać analizy, w jakim kierunku może rozwinąć się potencjalny konflikt, jak na razie polityczny.

Jak już wcześniej zauważyłem, jednym z czynników jest wyraźna obawa Saudów, że coraz aktywniejszy Iran, za sprawą Rosji i USA, stanie się wiodącym graczem w regionie i uda mu się w końcu zbudować „szyicki półksiężyc”. Ponieważ Biały Dom potrzebuje realnego wsparcia w działaniach przeciwko IS, a na ziemi takie wsparcie mogą zapewnić chwilowo wyłącznie siły mniej lub bardziej współdziałające z Iranem (widać wyraźnie, że wyciągnięte zostały wnioski z zaskakująco skutecznych działań sił Asada i lotnictwa oraz sił specjalnych FR), wybór potencjalnego, nawet nieformalnego sojusznika, wydaje się oczywisty. Zważywszy na pozycję Iranu i jego rolę w dotychczasowym wspieraniu syryjskiego reżimu oraz wyraźną symbiozę interesów Teheranu i Moskwy, Saudowie muszą za wszelką cenę doprowadzić do sytuacji, w której Waszyngton będzie musiał opowiedzieć się po ich stronie. W aktualnej sytuacji geopolitycznej jest to możliwe tylko w przypadku, kiedy uda się sprowokować Iran do działań godzących bezpośrednio w bezpieczeństwo tego obszaru. Sprowokowanie kryzysu daje Arabii Saudyjskiej spore pole manewrów. Po pierwsze – wciągają Iran w niebezpieczną grę, licząc, że ajatollahowie zrobią jakiś strategiczny błąd, co ściągnie na nich gniew US i świata zachodniego, a tym samym znów wepchnie w izolację. To z kolei pozwoli Arabii Saudyjskiej na zwiększenie wpływów na ważnych dla USA i Europy obszarach Bliskiego Wschodu. Jeśli jeszcze uda się utrzymać na niskim poziomie ceny ropy naftowej, a jak na razie widać wyraźną tendencję zniżkową, potencjalne zyski Saudów będą jeszcze większe, gdyż gra idzie o dalsze osłabianie na rynkach ropy Rosji oraz – prawdopodobnie – USA, które zaczynają wchodzić ze swoją ropą na rynki europejskie.

Czynnik energetyczny jest jednym z najważniejszych powodów, dla którego obie strony zwarły się sobą w takim klinczu, a jednocześnie gwarantem, że ten klincz nie przekształci się w otwarte starcie. Na szczęście informacje o ostrzelaniu irańskiej ambasady w Jemenie okazały się jednym z elementów wojny informacyjnej pomiędzy obu zwaśnionymi stronami. To potwierdza poniekąd tezę, że żadnej ze stron nie zależy nadal na bezpośrednim starciu o charakterze militarnym. Nie można jednak wykluczyć, że Rijad lub Teheran sięgnie po oręż energetyczny i dokona prowokacji, która odbije się rykoszetem na rynkach ropy. Obszarem najbardziej wrażliwym na takie prowokacje jest niewątpliwie Zatoka Perska. Ciekawy będzie też kontekst walki o rynek europejski. Iran chce powrócić na te rynki, pamięta bowiem okres prosperity, kiedy Włochy, Hiszpania i Francja odbierały od niego prawie 18% produkcji szacowanej w 2012 roku na 2,2 mln baryłek dziennie. Podobną ekspansję szykują Saudowie, których pierwsze tankowce z ropą dotarły nawet do Gdańska. Tego typu działania wymierzone są w Rosję, która wspiera aktywnie Iran, i wraz z Iranem doprowadziła do odmienienia losów Baszara al-Asada w Syrii, co wzmogło niepokój w AS i wizję przyspieszenia budowy „szyickiego półksiężyca”.

Ponieważ, jak już wspomniano, możliwość bezpośredniego starcia irańsko-saudyjskiego wydaje się mało prawdopodobna, uruchomiony został czynnik etniczno-religijny. Nie powinno to dziwić, zwłaszcza, że Iran równie sprawnie posługuje się tą bronią, wspierając i podburzając szyitów na całym obszarze Bliskiego Wschodu. Saudowie wyciągnęli wnioski z tzw. arabskiej wiosny, kiedy Iran skutecznie podburzał szyitów, zarówno w Arabii Saudyjskiej, jak i Bahrajnie. Jednak najważniejszym obszarem starcia saudyjsko-irańskiego (choć bardziej usprawiedliwione jest w tym przypadku określenie Iran vs sunnickie państwa Zatoki) jawi się Jemen. Mamy tu typowy przykład proxy war. Drugim obszarem, gdzie takie działania będą możliwe do prowadzenia, jest Państwo Islamskie. Nie należy wykluczać aktywnego, choć nieoficjalnego wspierania rebelii, która skutecznie osłabia pozycję dwóch kluczowych dla Iranu państw: Syrii i Iraku. Na ile zagra tu czynnik religijny – nie wiemy. Iran ma jednak małe szanse na wygranie konfrontacji na tym polu i raczej będzie starał się wspierać wszystkich szyitów, którzy będą chcieli znaleźć się w strefie ich wpływów. Nie możemy wykluczyć, że w skrajnym przypadku doczekamy się podobnego konfliktu, jaki zaistniał w okresie działalności Dżamiat al-Tawhid wa Dżihad (znanej bardziej jako Al-Ka’ida w Iraku), kierowanej przez Abu Musaba az-Zarkawiego. To jednak doprowadziłoby do zbyt wielkiego zagrożenia dla obu zwaśnionych stron, gdyż w sposób niekontrolowany mogłoby się rozlać na cały Bliski Wschód.

Jak na razie widać też wyraźnie, że obie strony konfliktu nic nie robią sobie z płynących z Europy i zza oceanu próśb o powrót do stołu rokowań. Świadczy to o coraz większej słabości administracji amerykańskiej. Arabia Saudyjska coraz częściej daje odczuć swym sojusznikom z USA, iż nie będzie realizowała ich linii polityki w tym regionie świata. Dobrym przykładem była budowana przez Saudów, z całkowitym pominięciem interesów USA, koalicja 34 państw muzułmańskich przeciwko ISIS, której celem miała być koordynacja zwalczania terroryzmu w Iraku, Syrii, Libii, Egipcie i Afganistanie.

Podsumowując. Mimo gwałtownego przebiegu konfliktu w pierwszych dniach i tygodniach po straceniu szyickiego duchownego Nimra al-Nimra i spaleniu w odwecie saudyjskiej ambasady w Teheranie, nic nie wskazuje, aby którakolwiek ze stron była zainteresowana eskalacją działań. Zarówno saudyjscy książęta, jak i irańscy mułłowie, zdają sobie sprawę, że jest to droga donikąd. Obie strony odegrały swój spektakl i dziś czekają na to, co przyniosą najbliższe miesiące. Wydaje się, że eskalacji napięcia zapobiegły też negatywne informacje z chińskich parkietów oraz wyraźne spowolnienie gospodarcze, które ciągnie ceny ropy w dół. Czy i kiedy dojdzie do pierwszy oficjalnych rozmów nie wiadomo, jeśli jednak nad pragmatyzmem przeważy bliskowschodnie pojęcie honoru czas potrzebny na ponowne zbliżenie obu państw zdecydowanie się wydłuży.

Daniel Boćkowski

grafika na stronie głównej, źródło: biznesalert.pl

Komentarze