201704.10
Kategoria Publikacje

Praca czeka w gwiazdach


Jarosław Hryszko

Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego stulecia amerykański badacz zachowań zwierząt, John Calhoun, przeprowadził eksperyment, który roboczo nazwał “mysią utopią”. Umieścił on osiem myszy w specjalnie zbudowanym pomieszczeniu, zdolnym pomieścić niecałe 4000 osobników, zapewniając przy tym nieograniczony dostęp do wszystkiego, czego myszy potrzebują w życiu: pokarmu, wody i materiału do budowy gniazd, izolując jednocześnie od drapieżników i chorób. Rozpoczynając eksperyment Calhoun ze współpracownikami liczyli, że przez kilka lat zwierzęta przebywające w “mysiej utopii” rozmnożą się tak bardzo, że zacznie brakować dla nich miejsca i wtedy rozpocznie się właściwy eksperyment – obserwacja i analiza, jak populacja zachowuje się w warunkach przegęszczenia.

Jakież zatem było zdziwienie badaczy, gdy po czterech latach cała populacja myszy – około 2200 osobników w szczycie – wymarła. Przy nieograniczonym dostępie do pokarmu, braku wyzwań i zagrożeń, każde nowe pokolenie okazywało się być głupsze od poprzedniego, aż w końcu myszy przestały się rozmnażać i skupiły na jedzeniu, spaniu i pielęgnacji futra. Z 256 komór w pojemniku, przeznaczonych do budowy mysich gniazd, 51 nigdy nie zostało zasiedlonych.

Kilka lat temu słowackie przedsiębiorstwo WAY (można powiedzieć, że to odpowiednik polskiej HSW) zaprezentowało zdalnie sterowany pojazd Božena Riot, będący spychaczem do pacyfikacji rozwścieczonego tłumu. Była to najwyraźniej odpowiedź firmy na coraz bardziej niespokojne czasy. Pytanie tylko, czy ci, którzy takowe ludzkie spychacze skłonni są kupić, nie powinni raczej znaleźć sposobu na to, aby do sytuacji, w których pojazd ów ma zastosowanie, najzwyczajniej nie dochodziło?

Jednym z takich sposobów jest – jak słusznie zauważył mój znajomy – dać jakieś zajęcie potencjalnym kandydatom na „bycie spychanym” przez złowrogą Boženę. Aby czuli się potrzebni dla społeczności, społeczeństwa, kraju, populacji. A przy okazji na tyle zajęci, aby nie mieć czasu ani ochoty na testowanie urządzenia wraz z rozwścieczonym tłumem.

Tymczasem jako ludzkość doświadczamy czegoś w rodzaju schizofrenii. Chcemy aby wszyscy z nas mieli pracę, ale jednocześnie, z uporem, brniemy w powszechną automatyzację i technologie podające wszystko na tacy (dosłownie i w przenośni). Moim skromnym zdaniem obraliśmy zły kierunek. Nie chcę być źle zrozumiany – nie postuluję odejścia od automatów oraz postępu technologicznego i zastąpienia nowoczesnej diagnostyki medycznej mozolnym liczeniem czerwonych krwinek w obiektywie mikroskopu, czy też rezygnacji z pralek automatycznych na rzecz balii z tarą (pod warunkiem, że tak zaoszczędzony czas zostanie produktywnie spożytkowany). Obserwuję tylko pewien trend w rozwoju homo sapiens i moim zdaniem obiera on kierunek niepokojąco bliski wspomnianym eksperymentalnym myszom. Coraz bliżej nam ku samounicestwieniu niż stanięciu na wyższym stopniu drabiny ewolucji. Ów trend doskonale podsumował pewien internauta na jednym z anglojęzycznych forów: “Żyjemy w czasach, gdy każdy z nas ma w kieszeni urządzenie zapewniające dostęp do całej wiedzy ludzkości. Dzięki niemu, każdy z nas, gdyby tylko poświęcił trochę wysiłku, mógłby stać się wybitnym inżynierem, matematykiem, fizykiem, chemikiem, biologiem; mógłby dokonać niesamowitych odkryć czy znaleźć lekarstwo na raka. Tymczasem jedyne, do czego go używamy, to oglądanie filmów ze śmiesznymi kotkami.”

Rozwijamy technologie, które w przyszłości mogą sprawić, że pozbawieni zajęcia ludzie wyjdą na ulice. Trzeba będzie zatem profilaktycznie zająć ich czymś, niekoniecznie potrzebnym. Pomysł to nie nowy. O tym, że trzeba będzie ludzkości znaleźć zajęcie w dobie automatyzacji produkcji pisał już w 1931 Aldous Huxley w swoim słynnym “Nowym wspaniałym świecie”. O ile pomysł Huxleya na produkcję rzeczy jednorazowych, nienaprawialnych – aby stymulować ów zautomatyzowany przemysł – wychodzi nam obecnie całkiem nieźle, o tyle z masowym narkotyzowaniem społeczeństw (aby przypadkiem głupoty do głowy nie przychodziły) mamy jeszcze problem.

Z rozwiązaniem tego “problemu” przyszedł w 1985 roku Neil Postman pisząc w swojej książce “Zabawić się na śmierć”, że dzisiejszym odpowiednikiem Somy – narkotyku z powieści Huxleya, jest szeroko pojęty przemysł rozrywkowy. Dziś racjonalne myślenie często ustępuje pola telewizyjnym obrazom, internetowym plotkom i mało wybrednej rozrywce, a gry on-line, Big Brother, Facebook i “śmieszne filmy z kotkami” okazują się ważniejsze od rzeczywistości.

Dysponując nieograniczoną liczbą rozrywek, jak i jednorazowych dóbr wszelakich, pozbawieni wyzwań, obsługiwani przez automaty, będziemy skupiać się jedynie na konsumpcji i pielęgnacji futerka. A wtedy tylko czekać, aż wyginiemy jak myszy w pojemniku profesora Calhouna.

W czasach kolonialnych wyzwanie stanowiły nowo odkryte lądy. Rzesze ludzi migrowały wiedzione wizją znalezienia bogactw, kawałka ziemi uprawnej czy zwykłego zajęcia, o które było trudno na starym kontynencie. Zresztą, gdzie nam Polakom deliberować o czasach kolonialnych. Przecież i dziś setki tysięcy naszych rodaków przemierza tysiące kilometrów w poszukiwaniu pracy. Co ważne, dotyczy to zarówno hydraulika, jak i lekarza.

Source: flickr.com by Caroline Davis2010, CC BY 2.0

Jako ludzkość powinniśmy chyba posłuchać Stanisława Lema i już dawno odlecieć do gwiazd, mając jeszcze lampy elektronowe w rakietach. Organizować podróże na inne ciała niebieskie, bo na Ziemi nie wystarczy zajęcia dla wszystkich. Mam wrażenie, że łatwiej będzie uczynić obcą planetę nadającą się do zamieszkania i pozyskiwania surowców za pomocą prostych technologii, niż obszary Afryki czy Antarktydy za pomocą narzędzi najnowszych – o kosmiczną terra incognita wszak nikt kruszyć kopii nie powinien. Gra jest warta świeczki, ponieważ ciała niebieskie faktycznie stanowią nieprzebrane źródło surowców. Jedna tylko planetoida o średnicy 2,3 kilometra i wszystko mówiącej nazwie (6178)1986DA zawiera 10 tysięcy ton złota, 100 tysięcy ton platyny, 10 miliardów ton żelaza i miliard ton niklu. Dlaczego by tego bogactwa nie wykorzystać do rozwoju naszej cywilizacji, gdy jeszcze wciąż ludzie mają potencjał, aby (dosłownie) rozplenić się po Kosmosie, zamiast tłoczyć na jednej planecie? Wszak, przywołując powiedzenie przypisywane, o ile mnie pamięć nie myli, Aleksandrowi Fredrze, “świat się kręci wokół członka jako Ziemia wokół Słonka”.

Zwróćcie proszę uwagę, że byliśmy już blisko rozpoczęcia podboju Kosmosu. Przez krótki okres historii ludzkości, w wyniku przepychanek między mocarstwami, ludzie rzucili się ku gwiazdom z zacięciem, o jakim wczesnym pionierom astronautyki pokroju Konstantego Ciołkowskiego nawet się nie śniło. Pierwsi marzyciele gwiezdnych podróży zakładali, że aby wyrwać się z ogromnej siły przyciągania naszej planety i podążyć w nieznane, należałoby pojazd międzyplanetarny skonstruować na orbicie. Tymczasem zimnowojenny wyścig kosmiczny okazał się tak mobilizujący dla naszego intelektu, że byliśmy w stanie, jako ludzie, już w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia skonstruować pojazd tak mocarny, że zdolny ulecieć w próżnię startując z powierzchni Ziemi: Rakietę Saturn V, która pozostaje wciąż najsilniejszym pojazdem stworzonym przez człowieka w historii, zdolnym do lotów międzygwiezdnych. I to pomimo faktu, że pamięć jej głównego komputera stanowiły nawleczone na drucik żelazno-węglowe koraliki…

Ktoś mógłby powiedzieć, że wciąż jest nadzieja. Wszechświat może ponownie stać się wyzwaniem dla ludzkości. Niektórzy wskazują na Elona Muska, jako współczesnego Prometeusza, który sprawi, że “ludzkość opuści swoją kolebkę” – parafrazując wspomnianego Ciołkowskiego. Tymczasem, jak zauważa filozof sztucznej inteligencji Aleksandra Przegalińska, w interesie Muska nie leży, aby udostępniać rozwijane przez siebie technologie całej ludzkości. Jeśli ktoś będzie mógł dzięki niemu polecieć w gwiazdy, będą to ludzie wyłącznie bardzo zamożni, tak jak się to dzieje z innym produktem “Piotrusia Pana Doliny Krzemowej” (jak go nazwała Przegalińska) – samochodami Tesla.

Konkludując, zgadzam się, że aby uniknąć cywilizacyjnego regresu trzeba zapewnić wszystkim wartościową pracę. Ale właśnie robimy jako ludzkość coś dokładnie odwrotnego. Finlandia już eksperymentuje z dochodem gwarantowanym, bo nie ma pracy dla wszystkich.

Za to każdy ma smartfona.

Jarosław Hryszko