201706.08
Kategoria Po.int of view


Iran Życzliwy


Tomasz Zając

– Meghri? – rzuciłem do przypadkowo zatrzymanego kierowcy w bliżej nieokreślonym miejscu w Armenii, pośrodku niczego. Meghri jest małą miejscowością na pograniczu z Iranem, który był moim głównym celem podróży. Koniecznie chciałem dostać się tam przed zmrokiem, aby znaleźć nocleg i ranka dnia kolejnego wyruszyć na przejście graniczne w Nordooz. Kierowca popatrzył uważnie i przecząco pokręcił głową – Goris – odpowiedział. Już wtedy wiedziałem, że zbyt wiele nie pogadamy. Jak się okazało – Goris było najbliżej położonym miastem od miejsca, w którym aktualnie się znajdowałem. Kiwnąłem głową i wsiadłem. Była to najbardziej szalona jazda, w jakiej kiedykolwiek uczestniczyłem. Samochód pędził blisko 200 km/h po dziurawej i wąskiej drodze, a moje serce postanowiło przenieść się bliżej gardła. Myśli natomiast odpuściły sobie możliwość zapinania pasów. W ten sposób rozpoczął się główny etap mojej podróży. Następnego dnia powitać miał mnie Iran, po którym absolutnie nie wiedziałem czego się spodziewać.

Nie do końca zgodnie z planem

Kierowcą czarnego SUVa, który postanowił odpowiedzieć na moje machanie ręką, był około pięćdziesięcioletni mężczyzna o bardzo ormiańskich rysach twarzy, wręcz podręcznikowych. Co jakiś czas taksował mnie w lusterku swoimi ciemnymi oczami, sprawiając wrażenie raczej surowego. A tymczasem, nie dość, że zabrał mnie z „przydroża”, to jeszcze sprawił, że znalazłem się w Iranie szybciej, niż planowałem. I chwała mu za to! Ufając, że wie co robi, gdy przelatywał nad kolejnymi dziurami zamiast je omijać, dojrzałem na horyzoncie autobus. Dystans pomiędzy SUVem a dostrzeżonym białym autobusem dość szybko się skrócił. Przekonałem się, że miał on irańskie tablice rejestracyjne i najprawdopodobniej kursował na trasie Erywań – Teheran. A gdyby się tak jakoś do niego dostać – pomyślałem, i powiedziałem na głos, że to pewnie do Iranu, a tak w ogóle to właśnie się tam wybieram. Kierowca zerknął na mnie i doskonale zrozumiał moje intencje. Wdepnął pedał gazu do podłogi, opuścił szybę zajeżdżając autobusowi drogę i jednocześnie machając ręką, by ten się zatrzymał. Udało się. Ormianin wyszedł z samochodu i podążył w stronę kierowcy. Po 3 minutach żegnałem się z nim dziękując serdecznie za wszystko i życząc wszystkiego najlepszego. Pożegnał się z uśmiechem, wsiadł do auta i równie pospiesznie odjechał. Ja natomiast znalazłem się w busie do Iranu. Kierowca zgodził się mnie zabrać do Tabrizu za 10 000 dram (około 20 dolarów), co przyjąłem z nieukrywaną radością. W autobusie prawie nikogo… kilku Irańczyków siedziało z przodu dłubiąc słonecznik i przyglądając mi się bacznie. Kiwnąłem im głową z uśmiechem i poszedłem na tył. Na podłodze rozłożony był dywan, w linii tylko 3 rozkładane fotele. Tak to można podróżować. Obserwując za oknem górski karabach i wąskie serpentyny, po których lawirował autokar – granicę z Iranem miałem przekroczyć już w nocy.

Okej Mister, okej!

Na granicę dojechałem późnym wieczorem. Podróżni wypakowali się z autobusu i przystąpili do procedury przekraczania granicy. Po stronie Armenii odprawę można uznać za symboliczną. Wertujący mój paszport nie zapytał mnie o nic i ja sam też nie odezwałem się słowem. Most między Armenią i Iranem przekraczałem głuchą nocą, a spacer umilał mi ciepły deszcz w towarzystwie lekkiego wiatru. Dotarłem do pierwszego punktu kontroli, w którym zasiadało kilku żołnierzy w piaskowych mundurach. Jeszcze przed podaniem paszportu usłyszałem pytanie skąd jestem. – Poland ­– odrzekłem. Żołnierz spojrzał na mnie jakby starał się przyporządkować w głowie wypowiedzianą przeze mnie nazwę do któregoś ze znanych mu krajów. Przypomniałem sobie natychmiast, że nazwa Polska/Poland/Polsza w Iranie nie obowiązuje i w mig rzuciłem – Lachestan! Wyraz twarzy pogranicznika zmienił się w ułamku sekundy – Lachestan very good! – usłyszałem. To sformułowanie słyszałem w trakcie wyprawy niezliczoną ilość razy od przypadkowo spotykanych ludzi. Irańczycy uwielbiają Polskę. Po kilku dodatkowych pytaniach udałem się do kolejnego punktu, w którym ponownie odpowiedziałem na kilka kwestii, mój bagaż przeszedł skanowanie i tak znalazłem się w Iranie. Autobusowi zajęło to trochę więcej czasu. Szczęście mi jednak dopisało. W oczekiwaniu na autokar zauważyłem wzmożony ruch wśród pograniczników. Po odprawieniu wszystkich ludzi przeciągali drużynowo rząd krzesełek przed wielki telewizor, na którym właśnie rozpoczynał się jeden z najważniejszych meczów świata. Gran Derbi. Mecz pomiędzy Barceloną a Realem. Nigdy się nie spodziewałem, że to sportowe widowisko obejrzę w takich okolicznościach – na irańskiej granicy w towarzystwie irańskich żołnierzy.

Meczu do końca niestety nie obejrzałem. Autobus zakończył z powodzeniem kontrolę i wszyscy musieliśmy wrócić do środka, kontynuując podróż. O czwartej nad ranem obudził mnie jeden z kierowców informując grzecznie – Sorry Mister, Tabriz. Na nic zdało się przekonywanie, by wysadzili mnie gdzieś w centrum miasta. Autobus zatrzymał się przy drodze na obrzeżach Tabrizu, i tym sposobem wylądowałem o czwartej nad ranem na autostradzie, zaspany, w towarzystwie trzech taksówkarzy, którzy wyrośli przede mną w jednej sekundzie, nie wiadomo skąd. Nie dość, że w stanie letargu kazali mi przebiegać przez środek autostrady, to zaczęli mówić w farsi z prędkością karabinu maszynowego nie przejmując się faktem, że nic z tego nie rozumiem. Oferowali podwózkę do hotelu. Negocjowanie ceny w tak nieludzkich warunkach, zaspania, nieświadomości i niezrozumienia, gdzie odpowiedzią na wszystko było Okej, Mister, okej z początku lekko mnie dobiło. Patrząc jednak z perspektywy czasu, myślę, że miało to w sobie pewien urok. Oni w farsi, ja po polsku. Efekt był zawsze taki sam: Okej Mister, okej. Po kilku minutach znalazłem się w taksówce nie znając nawet przybliżonych cen za taki kurs. Białego peugeota 405 prowadził długowłosy Irańczyk. W samochodzie rozbrzmiewała głośna muzyka, a przy jego głowie wesoło dyndał proporczyk w barwach narodowych Francji, przyozdobiony napisem Paris. Taksówka mknęła uliczkami prosto do centrum Tabrizu. Będąc jeszcze w autokarze łudziłem się, że może już coś będzie otwarte, a na ulicach odnajdę trochę życia. Niestety. Przez okno obserwowałem pozamykane sklepy i opustoszałe chodniki. Czułem już jednak, że jestem w zupełnie innym kraju niż Polska.

Koniec końców, wylądowałem w tanim, ale znośnym hotelu, poleconym przez kierowcę. On sam za kurs zainkasował 200 000 riali. Nie wiedziałem, czy to dużo czy mało, ale nazajutrz dowiedziałem się, że to bardzo dobra cena jak za podwózkę o takiej porze. Dzięki Ci dobry człowieku za Twoją uczciwość!

W hotelu recepcjonista mówił wyłącznie w farsi. Dogadanie się zajęło nieco czasu, ale przy dzisiejszych możliwościach technicznych daliśmy radę. Widać było, że to bardzo życzliwy człowiek. W pokoju czekała na mnie również mała niespodzianka. Początkowo uznany przeze mnie za statuetkę ptak na telewizorze ożył. Gołąb. Mój współlokator. Niestety, musiałem się z nim pożegnać zanim zasnąłem w obawie o siebie i swoje rzeczy. Tyle się już wydarzyło, a w Iranie byłem dopiero od kilku godzin. Już wtedy wiedziałem, że to będzie niepowtarzalna podróż!

Jak to w ogóle jest?

Moim postanowieniem było przemierzenie całego Iranu. Od północy – na południe, przez trzy strefy klimatyczne. W tej wyprawie miałem też swój mały cel, który poprzysiągłem sobie zrealizować kilka lat temu. Kto czytał serię Nielegalni, Niewierni, Nieśmiertelni, Niepokorni autorstwa Vincenta V. Severskiego ten może się domyślać. Chciałem napisać relację i opisać świat, jaki widziałem swoimi oczami. Czynię to niniejszym z myślą, że jeśli nawet jedna osoba poczuje dzięki temu choć ułamek atmosfery, jaka panuje w Iranie, będzie to dla mnie sukces. Przed wyjazdem poczytałem trochę o kraju, do którego się wybierałem, i o obyczajach, jakie tam panują. Pospiesznie starałem się też nauczyć zapisu cyfr (wschodnio-arabski), którego używają lokalni mieszkańcy. Warto poświęcić na to kilka chwil, bo to bardzo ułatwia życie.

Jak się kojarzy w Polsce Iran? Sądzę, że bardziej negatywnie niż pozytywnie. Szczególnie biorąc pod uwagę powszechną zasadę wrzucania wszystkich i wszystkiego do jednego worka. Od kilku osób słyszałem zwyczajowe – Gdzie? Iran? Po co?! Jeszcze Cię zabiją! Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo wypaczony obraz Iranu funkcjonuje nad Wisłą. Ale po kolei.

Wyruszając miałem w tyle głowy kilka kwestii, o których mówili podróżnicy będący tam przede mną. Udało mi się je zweryfikować. Spotkałem się z opinią, że absolutnie wymagany jest długi rękaw u mężczyzn. Nie jest to prawda. Długie spodnie – owszem, ale można śmiało chodzić w koszulkach z krótkim rękawkiem, co czynią też sami Irańczycy w różnych zakątkach kraju. W Iranie panuje prawo szariatu, a co za tym idzie, obowiązują różne obostrzenia, między innymi całkowity zakaz spożywania alkoholu. Pojawia się też problem jeśli chodzi o używanie lewej ręki. Do czegokolwiek: jedzenia, wskazywania, podawania pieniędzy. Kwestia ta dotyczy bardziej samych Irańczyków niż turystów. Należy wiedzieć, że turysta w Iranie należy do bardzo uprzywilejowanych grup. Nikt nikomu nie będzie robił problemów, jeśli ten użyje lewej ręki. No chyba, że jedziemy w sprawach biznesowych. Wtedy znajomość kodu kulturowego i obyczajów tam panujących jest niezbędna. Bez ich znajomości – nie załatwicie niczego. Kobiety mają obowiązek chodzić w chustkach i w teorii panuje zakaz jakiejkolwiek integracji między kobietą a mężczyzną w miejscu publicznym, chyba że jest to małżeństwo lub są spokrewnieni. Mówię „w teorii”, bo pamiętajmy, że mówimy o ludziach a nie robotach. Wielokrotnie widywałem na ulicach całego Iranu pary chodzące za rękę, spędzające wspólnie czas. Bynajmniej nie były to małżeństwa, ale zwykła młodzież. Podobnie sprawa wygląda jeśli chodzi o inne wspomniane przeze mnie zasady. Od każdej reguły znajdą się odstępstwa – tak jest na całym świecie.

I bardzo istotna sprawa – waluta. Walutą obowiązującą w Iranie są riale, ale Irańczycy posługują się umownymi tomanami. Nie jest to zupełnie odrębna waluta z innym systemem banknotów, ale umowna. Została wprowadzona dla wygody, by nie mnożyć tych wszystkich zer występujących na rialach. Różnica polega na tym, że w przypadku tomanów odejmujemy jedno zero od wartości riala. Za jednego dolara otrzymywałem 37 000 riali, czyli 3 700 tomanów. Szybko można się do tego przyzwyczaić i nie stanowi to żadnego problemu.

Ostatecznie, jak policzyłem na koniec podróży, moja trasa wyniosła ponad 5500 km w 16 dni. W autobusie mógłbym już zamieszkać. Starałem się podróżować nocą, by nie tracić czasu i dodatkowych pieniędzy na nocleg. Przeważnie mi się to udawało, bo połączenia autobusowe między miastami w Iranie są bardzo dobre, a przy okazji tanie. Za około 10 dolarów możemy udać się w około 500 kilometrową podróż autobusem VIP, w którym zwyczajowo otrzymamy poczęstunek wraz z gorącą herbatą.

Lachestan? Very good!

Po zasłużonych czterech godzinach snu, które odbyłem, gdy długowłosy Irańczyk zostawił mnie nad ranem pod jednym z hoteli w Tabrizie, przyszedł czas na zrobienie rekonesansu okolicy. Wszak w planach miałem przemierzenie całego kraju wzdłuż i wszerz, więc szkoda było tracić czasu. Startowym punktem, który planowałem, był właśnie Tabriz. Pierwsze duże irańskie miasto na północnym-zachodzie, szczycące się największym bazarem w całym kraju, błękitnym meczetem oraz meczetem Alego Szaha z XIV wieku. Nie jest jednak moją intencją opisywać zabytki każdego miasta. O tym można przeczytać w różnych przewodnikach. Mnie najbardziej interesowało życie codzienne i zderzenie tego z wyobrażeniami i opiniami o Iranie funkcjonującymi nad Wisłą.

Jako zdeklarowanemu herbaciarzowi, bardzo mi odpowiadało, że herbatę w Iranie pija się hektolitrami. Schodząc po schodach hotelu natknąłem się na recepcjonistę, który przyuważył mnie, gdy tylko pojawiłem się w przejściu. Po przywitaniu otrzymałem od niego kubek i torebkę herbaty. Został mi wskazany szybkowar z gorącą wodą, który jest dość powszechnym wyposażeniem w wielu sklepach na ulicy. Po opróżnieniu kubka wyruszyłem w miasto.

Moje pierwsze kroki skierowałem w stronę osławionego bazaru, bo pierwszą rzeczą, jaką musiałem zrobić, była wymiana pieniędzy. Rano było dość chłodno, ale promienie słoneczne dawały nadzieję na upalny dzień. Po chodnikach przewijały się tłumy ludzi. Właściciele sklepów stali w drzwiach swych przybytków, inni handlarze siedzieli na krzesełkach przy prowizorycznych stoiskach oferując najrozmaitsze towary. Kobiety ubrane na czarno wypełniały chodniki spacerując i debatując przy różnych straganach. Ulice były wypełnione po brzegi białymi peugeotami i samochodami lokalnej produkcji, dającymi o sobie znać klaksonami. Nie było w tym żadnego porządku. Tabriz żył pełną piersią, a ja czułem się tam naprawdę dobrze.


Rzeczą, a raczej czynnością, do której trzeba było przywyknąć był sposób przechodzenia przez ulicę. Nie mam zielonego pojęcia, jaką rolę pełnią narysowane na ulicach przejścia dla pieszych oraz wesoło migające światła na sygnalizatorach. Zasada jest prosta – przejdź albo zgiń. Nie jest ważne, czy przechodzimy przez jedno czy czteropasmówkę. Mało kto choć odrobinę zwolni. Ewentualnie poinformuje klaksonem, że jeśli się nie pospieszymy, to nas rozjedzie. Naszym zadaniem jest więc umiejętnie się prześliznąć między samochodami, tak by znaleźć się bezpiecznie po drugiej stronie ulicy. Robią tak wszyscy. Irańczycy te umiejętność opanowali do perfekcji.

Przeciskając się przez zatłoczone chodniki i lawirując między samochodami dotarłem do bazaru. Był naprawdę imponujący. Po odnalezieniu jednego z ponad czterdziestu wejść (co nie jest takie proste) staje się przed szeregiem ulic i uliczek obstawionych z każdej strony stoiskami.  Można tam dostać wszystko – od przypraw i pistacji, przez rozmaite książki, po dywany i spory sprzęt AGD. Od czasu do czasu można było usłyszeć za plecami yalla!, by po odwróceniu głowy dostrzec jakiegoś pracowitego Irańczyka ciągnącego ogromny wózek z towarami i spychającego ludzi na pobocze. Między ludźmi lawirowały motory, a zgiełk panujący dookoła pozwalał poczuć niepowtarzalny klimat. Atmosferę wzmagały zapachy przypraw, które roznosiły się we wszystkie możliwe strony. Musiałem odnaleźć kantor. To dopiero było wyzwanie!

Gdy tylko wszedłem na bazar, momentalnie znalazło się przy mnie kilku ciekawskich kompanów do rozmów. Jeden starszy pan nie baczył na nic i na nikogo. Taranował wszystkich na swojej drodze byle dotrzymać mi kroku i móc rozmawiać.

 Mister, Mister! Where are you from? – padło otwierające pytanie.
 Lachestan.
 ooo Lachestan, very, very good! Lewandowski!

I tak się dowiedziałem, że kiedyś był Lech Wałęsa, a dzisiaj ambasadorem Polski na świecie (a na pewno w Iranie) został Robert Lewandowski. To jedyna postać, o której wspominali Irańczycy, gdy dowiedzieli się, że jestem z osławionego Lachestanu.

A ile Polska ma ludności? A kim jesteś z zawodu? A czy podoba Ci się w Iranie? A ile zostaniesz?… padały kolejne pytania.

Przypadkowe rozmowy to chyba coś, co u nas jest coraz rzadziej spotykane. Dlatego też podobała mi się ta odmiana i chętnie zaspokajałem ciekawość rozmówców. Ale… o ile pierwsze pogawędki były dla mnie czymś nowym i fajnym, tak pod koniec wyjazdu miałem już serdecznie dość powtarzania wszystkiego od nowa. Rozumiałem jednak, że te rozmowy nie są objawem złej woli, a wręcz przeciwnie – dlatego do końca twardo trzymałem uśmiech i nie dałem nic po sobie poznać.

Gdy przechodziłem obok jednego z mnóstwa sklepów, zaczepił mnie stojący w drzwiach Irańczyk. Kiedy zatrzymałem się w pół kroku, szybko schował się w sklepie i po chwili pojawił się z przewodnikiem turystycznym w ręku. Na jednej ze stron widniało jego zdjęcie. Odkładając prezentowaną książkę wyciągnął „spod lady” mnóstwo fotografii, jakie nadsyłają mu ludzie z całego świata. Widać było, że bardzo lubi się fotografować. Mnie również to nie ominęło. Najpierw zaprowadził mnie do kantoru, następnie dopilnował, bym otrzymał tyle, ile się należy, następnie dał mi lekcję, w jaki sposób mam trzymać pieniądze, a na koniec poopowiadał trochę o okolicy, a przede wszystkim o tym, jak tanio dostać się do nieopodal położonego Kandovan, jednej z większych atrakcji Iranu.

Kandovan jest małą wioską położoną kilkadziesiąt kilometrów od Tabrizu i grzechem było go nie zobaczyć. Składa się z domów wydrążonych w skałach, w których ludzie żyją do dzisiaj. Panuje tam bardzo piknikowa atmosfera. Przez wioskę przewija się masa wycieczek szkolnych, dla których turysta to również nie lada atrakcja. Ostatecznie, dostałem się tam taksówką. Kierowcą standardowego białego samochodu był mężczyzna o bardzo szlachetnych perskich rysach oraz siwych, gęstych wąsach. Gdybym miał sobie wcześniej wyobrazić postać starszego Persa, to wyglądałby on właśnie tak. W trakcie drogi taksówka przystanęła na poboczu, a pan taksówkarz wyskoczył do piekarni po tradycyjny, ciepły irański chleb częstując mnie sowicie. Dowiedziałem się, że jest muzykiem. Zaprezentował mi film, na którym występował przed publiką i przepięknie grał na instrumencie, którego nazwa niestety bezpowrotnie wyleciała mi z głowy. Nagrania wysłuchałem do końca i pogratulowałem mu talentu, co przyjął z dumą. Był to bardzo miły i skromny człowiek. Dowiózł mnie na miejsce i czekał prawie dwie godziny drzemiąc na tylnim siedzeniu.

Będąc w Kandovan i kończąc obchód wioski wybrałem się w pierwsze lepsze miejsce, by usiąść na chwilę i napić się herbaty. Z drugiego końca sali spoglądało na mnie dwóch Irańczyków. Po kilku minutach oczekiwania, stało się…

 Mister! Where are you from? – rozniosło się po sali…

Przy okazji: wtedy po raz pierwszy wkradł się wątek polityczny i usłyszałem o niechęci Irańczyków do Arabii Saudyjskiej, zwanej potocznie Arabistanem. Zostało mi to zobrazowane poprzez gesty rąk udające strzelanie z karabinu i towarzyszące temu „tu, tu, tu”. Chodziło oczywiście o Jemen, w którym trwa wojna pomiędzy Iranem a Arabią Saudyjską. A Lachestan? Lachestan very good! Lewandowski!

W Tabrizie, po wyjściu z bazaru, natknąć się można na biuro informacji turystycznej, które polecam wszystkim podróżnym z całego serca. Nie dość, że w poczęstunku otrzymacie herbatę i coś słodkiego, to możecie liczyć na miłą pogawędkę, pomoc w załatwieniu dosłownie każdej sprawy i wyjdziecie z garścią użytecznych informacji. Jeśli kiedyś tam traficie, to na pewno zostanie Wam przedstawiony zeszyt z wpisami od podróżników z całego świata. 24 kwietnia 2017 r.

Inną rzeczą, dość często spotykaną w Tabrizie i całym Iranie, są punkty ze świeżo wyciskanymi sokami. Przepyszne i tanie. Stanowiły regularny punkt mojego codziennego żywienia. W jednym z takich punktów, za ladą zastawioną koszami wyładowanymi po brzegi różnymi owocami, krążyło trzech sprzedawców. Gdy podniosłem się z krzesła, odstawiając pustą półlitrową szklankę po świeżo wyciskanym pomarańczowym soku, jeden ze sprzedawców zapytał mnie skąd jestem. Okazało się, że panowie w trakcie wyciskania owoców i serwowania soków klientom robili zakłady na ten właśnie temat. Pytający obstawiał Niemcy, jego kolega Hiszpanię, a kierownik Lachestan. Kiwnąłem z uznaniem kierownikowi, dając mu tym samym sygnał, że wygrał w przedbiegach. Nie obyło się również bez pamiątkowej fotografii. Tam również usłyszałem o Lewandowskim.

Tabriz nie należy do miast specjalnie atrakcyjnych turystycznie, ale za to handel kwitnie tu w najlepsze. Gdyby nie odległości między zabytkami i miejscami wartymi uwagi, wszystko można by było zobaczyć w kilka godzin. Mi zajęło to trochę dłużej, ale już następnego dnia pod wieczór miałem busa do kolejnego miasta na liście – Isfahanu. Miasta, które całkowicie skradło moje serce.

Perła Iranu

Miłym akcentem kilkunastogodzinnej podróży do następnego przystanku wyprawy był poczęstunek w autobusie. Każdy pasażer otrzymał „pakiet podróżny”, w skład którego wchodziły różne słodkości oraz kubeczek do herbaty, skrupulatnie rozlewanej przez drugiego kierowcę. Na siedzeniach przede mną siedziały dwie kobiety starannie owinięte w czarne chusty. Jakże było miło, gdy jedna z nich wyjęła talerz różnych owoców i z uśmiechem odwróciła się do mnie częstując oraz przekazując go, bym podał dalej. Z tyloma przejawami życzliwości  jak w Iranie, nie spotkałem się nigdy w żadnym innym miejscu. I nie ma w tym ani grama przesady. Później, gdy to akurat ja otworzyłem coś ze swych podróżnych zapasów, naturalnie odwdzięczyłem się Irańczykom, co zostało przyjęte z uśmiechem.

Do oddalonego o około 900 km Isfahanu dotarłem wczesnym rankiem dnia kolejnego. Nie miałem wcześniej zarezerwowanych hoteli, bo tak naprawdę nie wiedziałem do końca, jak będzie wyglądała ta podróż. Zawsze sprawą priorytetową po przybyciu do nowego miejsca było znalezienie noclegu. Isfahan nazywany jest perłą Iranu, pod czym się autorsko podpisuję. Jest to jedno z najbardziej turystycznych miast w kraju i z tego powodu o jakiekolwiek miejsce w hotelu było bardzo ciężko. Chodząc od jednego do drugiego mijałem autokary wypakowane turystami, przeważnie z Niemiec, Francji czy Chin. Wywołało to u mnie wiążące się z tym pewne obawy. Otóż wraz z rosnącą turystyczną popularnością Irańczycy mogą zacząć zatracać swoją wyjątkowość i gościnność względem innych ludzi. Nadmiar turystów, pomimo że działa ożywczo na uciskaną sankcjami gospodarkę, jednocześnie narusza inne sfery życia codziennego. Byłaby to wielka szkoda. Pozostaje tylko trzymać kciuki, aby moje obawy się nie sprawdziły.

Nieco już zrezygnowany i zmęczony dotarłem do kolejnego hotelu, jaki udało mi się znaleźć. Pan siedzący na recepcji zakomunikował już standardowo tego dnia, że niestety nie ma wolnych miejsc. Dojrzał chyba jednak zmęczenie w moich oczach, bo po chwili dodał, że postara mi się pomóc. Chwycił za słuchawkę i zadzwonił do innego, zaprzyjaźnionego hotelu. Udało się! Wziął leżący pod ręką plan miasta, zaznaczył właściwy hotel i narysował długopisem drogę. Podziękowałem serdecznie i ruszyłem do wskazanego mi miejsca. Gdy już załatwiłem wszystkie sprawy noclegowe, ruszyłem na podbój kolejnego miasta.

Ile ja bym dał, by móc znów usiąść pod mostem Pol-e Chadżu, popatrzeć i posłuchać jak mieszkańcy miasta zbierają się tam i wspólnie śpiewają piosenki, czego oficjalnie robić nie wolno. Czuło się wspólnotę, której tak bardzo brakuje u nas. Isfahan jest miastem bardzo zielonym, bardzo czystym i świetnie zagospodarowanym pod kątem rodzinnym. Na każdym kroku można spotkać wkomponowane w krajobraz place zabaw dla dzieci – a tam, gdzie są parki i tereny zielone, tam też chętnie piknikują Irańczycy. Całe rodziny, znajomi, zakochani, wszyscy.

Przechadzając się ulicami można odnieść wrażenie, że ludzie pozbawieni są wszelkich zmartwień, co oczywiście jest jedynie złudzeniem. Atmosfera była naprawdę sielska. Po rzece pływały rowery wodne w kształcie łabędzi, pod bacznym okiem pana kajakowego, który przywoływał do porządku gwizdkiem tych śmiałków, którzy mieli odwagę wypuścić się za daleko. Irańczycy w najlepsze piknikowali wzdłuż całej rzeki, a rozmów nie było końca. Pomimo tego, że miasto jest oblężane przez turystów i jest z nimi oswojone, to i tak zdarzały się sytuacje, w których przypadkowi, przechodzący obok ludzie podawali mi rękę. Moim ulubionym miejscem stał się wcześniej wspomniany most Pol-e Chadżu oraz położony nieco dalej Most Trzydziestu Trzech Łuków. Cóż to za magiczne miejsca! Pełny urok można dostrzec dopiero w godzinach wieczornych. Most Trzydziestu Trzech Łuków skąpany jest wtedy w żółtym świetle i zamienia się w miejsce schadzek zakochanych. Dookoła większość młodych ludzi spędzających wspólnie czas. Nikt ich nie niepokoi. Żadna policja, tajniacy czy urzędnicy. Mnóstwo ludzi i mnóstwo towarzyszących im uśmiechów. Ludzie spacerują, a niektórzy na chwilę przystają, by zrobić sobie selfie doskonale znane z naszej rzeczywistości.

Chciałem zabrać do Polski kawałek tej atmosfery, która tak mnie uwiodła. Niżej trzy krótkie filmiki, na których można zobaczyć zarówno wspólne śpiewy pod Pol-e Chadżu jak i Isfahan wieczorową porą.

Podczas występu wokalnego pod mostem Pol-e Chadżu pewna kobieta opowiadała mi o sytuacji w Iranie. Sama miała opuszczoną do połowy głowy chustkę, spod której wystawały na jasno pofarbowane włosy. Mówiąc o sytuacji politycznej stwierdziła, że Iran powoli się zmienia. W tę lepszą, liberalną stronę. Na wszystkie zmiany potrzeba jednak czasu. Otrzymałem też zaproszenie na rodzinny obiad, z którego niestety nie skorzystałem. Jak pomyślałem chwilę później, to to był właśnie słynny irański ta’arof.

Czym jest dokładnie ta’arof? Tego drodzy Czytelnicy niestety Wam nie powiem, bo sam nie do końca to rozumiem. Określiłbym to jako skomplikowaną formułę grzecznościową obejmującą szereg zachowań i norm społecznych. Ale jak to wytłumaczyć dokładniej?  Niestety. Brak mi wiedzy. Moim zdaniem to trzeba po prostu czuć.

Skoro jesteśmy przy temacie gościnności: mam pewną osobistą refleksję, a nawet apel. Spotykam się co jakiś czas z podejściem, w którym podróżnicy cieszą się, że w jakimś kraju otrzymali coś za darmo. Zostali gdzieś zaproszeni, mieli nocleg i nikt niczego od nich nie chciał. Faktycznie, w niektórych krajach tak jest. Iran bezapelacyjnie należy do jednego z nich. Uznałbym nawet, że gdyby stworzyć ranking gościnności, to właśnie Iran znalazłby się w czołówce. Irańczyk najczęściej ugości nas tym co ma najlepszego, jakby gościł króla. I w tym miejscu proszę, wręcz błagam. Miejmy w tyle głowy, że pomimo tego, iż taka gościnność w niektórych stronach świata jest czymś naturalnym, to miejscowi ludzie już niekoniecznie muszą mieć zasoby materialne, by móc sobie na to pozwolić. Najczęściej nie mamy do czynienia z ludźmi majętnymi, ale takimi, którzy – choćby mieli się zapożyczyć, zrezygnować z czegoś samemu – ugoszczą nas i nie będą chcieli niczego w zamian. My odjedziemy szczęśliwi, ale oni pozostaną z jakimś deficytem. Jeśli już godzimy się na taką gościnę, co nie jest absolutnie czymś złym, to w miarę możliwości zostawmy coś po sobie w ramach podziękowania i upominku. Tylko tyle.

Zdaję sobie sprawę, że to co opisuję do tej pory brzmi bardzo utopijnie, ale faktycznie takie miałem odczucia i nie ma w tym grama przesady. Przyjdzie też czas, gdy trochę ponarzekam, ale jeszcze nie teraz.

Numerem jeden, jeśli chodzi o zabytki w Isfahanie, jest Meczet Piątkowy wraz z Placem Imama Chomeiniego. Między nimi, na odcinku dwóch kilometrów rozciąga się bazar, przeważnie niestety o bardzo turystycznych cenach, ale niemniej warty zobaczenia. Plac Imama i wszystko co do niego przynależy zostało wpisane na światową listę UNESCO. Tam również życie biło pełną piersią. Co chwilę trzeba było uważać na dorożki pędzące dookoła placu, wiozące zarówno turystów, jak i samych Irańczyków. Niestety nie było mi dane być tam w godzinach wieczornych, gdyż zasiedziałem się w okolicach moich ulubionych mostów, ale można znaleźć wiele filmików ukazujących, jak bardzo jest to rekreacyjne miejsce dla mieszkańców.

Przemierzając uliczki bazaru natknąłem się na restaurację, obok której nie mogłem przejść obojętnie. Orientalny wystrój, w oknach kolorowe witraże, kelnerzy uwijający się pomiędzy siedziskami wypełnionymi gośćmi i pluskająca fontanna na środku sali. Musiałem tam wejść. Były też normalne stoliki, jednak uznałem, że przy zwyczajnym stole można sobie posiedzieć wszędzie, i gdy tylko miałem okazję, wybierałem tradycyjne siedziska, na których zwyczajowo winno się siedzieć „po turecku”. Początkowo – jak dla mnie, który ostatni raz „po turecku” siedział w przedszkolu – kilka minut wystarczało, by moje kości i stawy wołały o pomoc i rozprostowanie. Później było nieco lepiej, ale to już nie ta giętkość z przedszkola. Czego się jednak nie robi aby poczuć się maksymalnie lokalnie. Wszystkim polecam niniejszą restaurację, naprawdę warto!

Z reguły uwielbiam jeść i próbować nowych rzeczy. W Iranie jednak umarłbym z głodu. Jest to zdecydowanie najsłabszy punkt tego niesamowitego kraju. Zbyt wiele mięsa się tam nie uświadczy, a dania wyglądały bliźniaczo podobnie wszędzie tam, gdzie byłem. Baranina ze szpady, potężna porcja ryżu (fakt, że przepysznego) oraz pieczony pomidor. I tak w kółko. Po powrocie do Polski przez trzy dni jadłem samo mięso.

Na wspomnianym bazarze można znaleźć także inną, tradycyjną restaurację. Przy wejściu stał starszy pan ubrany w bardzo tradycyjny strój i serdecznie zapraszał do środka. Ponownie, zamiast normalnego stołu, uparcie wybrałem miejsce na siedzisku. Pani kelnerka zarekomendowała danie z karty, kosztujące 245 000 riali, czyli niecałe 7 dolarów. Zaszalałem i zgodziłem się mając nadzieję, że kurczak, który był jednym z głównych składników, będzie potężny. Śliniąc się na widok wielkiego dania, które już prawie zmierzało w moim kierunku, przeżyłem wielki zawód. Kurczak był „mikry”, ale za to porcja ryżu przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Jeśli znajdzie się śmiałek, który by temu podołał, to chylę czoła. Otrzymałem wielki kawał ciasta z ryżu z kurkumą i rodzynkami. Jak na moje oko, ważył co najmniej pół kilograma. Porcja na cztery osoby. Mimo zaciętej walki – poległem. Napełniony ryżem do granic możliwości udałem się na odpoczynek do hotelu.

Po Isfahanie spacerowałem we wszystkich możliwych porach. Nawet wracając w godzinach nocnych, na ulicach można było dostrzec szalejące dzieci, a Irańczycy dalej siedzieli i debatowali na różne tematy. Kontrolnie przeszedłem się również rankiem dnia kolejnego, by sprawdzić, jak wygląda stan czystości miasta po tak zabawowym wieczorze dnia poprzedniego. Czysto. Żadnych śmieci. Wróciłem automatycznie wspomnieniami do Warszawy, przypominając sobie, jak wygląda brzeg Wisły rankiem w weekend i było mi wstyd. Zarówno porównując stan czystości, jak i to, w jakiej atmosferze wraca się do domu późnym wieczorem lub nocą – te same wnioski… Lata świetlne przepaści.

Wielu rzeczy w Isfahanie zobaczyć nie zdążyłem, bo mój grafik był dość napięty. Wiem, że są tam również dwa piękne ogrody, do których niestety nie dotarłem, oraz zabytki, których nie widziałem. Jestem przekonany, że kiedyś jeszcze tam wrócę, bo atmosfera, ludzie, jak i samo miasto są na tyle wyjątkowe, że skradły kawałek mojego serca. Czułem się tam bardzo dobrze. To prawdziwa perła Iranu.

Podróż na dworzec autobusowy przebiegła w bardzo zabawowej atmosferze. Taksówkarz nie zważając na to, że nic nie rozumiem w farsi, nieugięcie mi coś tłumaczył. Ja odpowiadałem po polsku. Taka to nam wyszła persko-polska rozmowa. Gdy po raz kolejny wymachiwał ręką w kierunku dworca, w poczuciu bezradności zapytałem z uśmiechem – czy aby na pewno wszyscy są tam trzeźwi? – i akurat się złożyło, że wiozący mnie żółtą taksówką Irańczyk zaczął wykrzykiwać – no, no, no! – po czym wybuchnął śmiechem, a ja razem z nim. Rzuciłem kolejno w powietrze – Ararat – wspominając Armenię. Absurdalność tej zabawnej rozmowy nie mogła być już większa. Taksówkarz zareagował jeszcze bardziej żywiołowo pukając się w czoło, powtarzając Ararat i zanosząc się śmiechem. Mimo takiej dekoncentracji potrafił wciąż pewnie prowadzić samochód. Gdy wypakowywał mój podróżny plecak z bagażnika nadal się śmiał, i na dodatek w tej samej sekundzie lunął deszcz. Wręczyłem mu szybko 200 000 riali za podwózkę, pożegnałem się zostawiając mojego wesołego kompana i pobiegłem w stronę dworca, gdzie miał na mnie czekać autobus do kolejnego miasta na mojej liście – Shirazu. Miasta, w którym w mojej opinii znajduje się najpiękniejszy meczet świata.

Meczet miliona kryształów

Shiraz od Isfahanu dzieli około 600 kilometrów. Na miejscu, tradycyjnie już, zameldowałem się rano. Przy dworcu autobusowym napotkałem taksówkarza, który co prawda miał już zaplanowany jakiś kurs, ale dał mi kilka wskazówek i namiar na polecany przez siebie tradycyjny i tani hotel. Po odnalezieniu hotelu z wręczonej mi wizytówki, wszedłem do środka rozejrzeć się i zapytać o wolne pokoje. Na recepcji siedział uśmiechnięty od ucha do ucha Irańczyk, który kompletnie nie rozumiał, co do niego mówiłem.  Moje pytania odnośnie pokoju, nieustająco kwitował przeciągłym: oookeeej. Gdy po raz kolejny gestykulując bliżej nieokreślone ruchy ponawiałem pytanie usłyszałem – password. Myślę – coś tu jest nie tak. Password? To trzeba jeszcze jakieś tajne hasło podać? I powtarzam – password? – yes, password. Dopiero po chwili do mnie dotarło, że chodziło o paszport. Dalej nie było łatwiej.

Zawsze przed wynajmem wolałem obejrzeć pokój, tak też było tym razem. Przystąpiłem więc do ataku, z którego szybko się wycofałem, uznając swoją porażkę. Oookeeej i nieschodzący z twarzy uśmiech – to wszystko co udało mi się uzyskać. Poddałem się i opuściłem hotel żegnając się i dziękując za wszystko. W miarę szybko znalazłem jednak inny, który mi odpowiadał.

Shiraz różnił się diametralnie od uwielbianego przeze mnie Isfahanu. Wydał mi się o wiele bardziej konserwatywny, ale może to tylko moje odczucie… Istnieje jednak coś niewytłumaczalnego, co sprawia, że w pewnych miejscach czujesz się lepiej niż w innych, i odwrotnie. Nie zniechęcałem się jednak. Ulicami Shirazu przewijało się też o wiele więcej – w porównaniu z innymi miejscami – żołnierzy w piaskowych mundurach. Musi być tam jakaś jednostka wojskowa. Korzystając z tego faktu wymyśliłem sobie, że koniecznie chcę zdjęcie z żołnierzami. Poszło łatwiej niż się spodziewałem. Gdy spacerowałem po Eram Garden położonych na północy miasta, zaczepiło mnie czterech młodych wojaków z zapytaniem, czy możemy zrobić sobie wspólne zdjęcie. Trzeba przyznać, że byli nieźle przygotowani. Po zrobieniu pamiątkowego zdjęcia została mi wręczona karteczka z namiarami na różne typy social media, gdzie mogę przesłać owo pamiątkowe zdjęcie. Namiary nie obejmowały niestety żadnego konta na facebooku, który oficjalnie jest zablokowany na terenie całego Iranu.

Mundury – to pierwsza z trzech rzeczy, jaka mi się kojarzy z Shirazem. Drugą są murale. W żadnym innym miejscu nie spotkałem tak wielu pięknych i ciekawych murali. Tak, kilka z nich poniżej. Trzecią rzeczą i absolutnym hitem, na który trafiłem przypadkowo włócząc się po mieście jest meczet, Shah Cheragh. Chcąc gdzieś przysiąść dojrzałem bramę prowadzącą na teren meczetu. Będąc już w środku, zostałem wyłowiony przez pewnego mężczyznę, który pełnił tam rolę przewodnika. Tenże, opowiadając o samym miejscu i informując, że w jego biurze otrzymam jeszcze większą dawkę wiedzy, wspartą herbatą i ciasteczkami, zarekomendował mi wejście do środka meczetu, gdy już odpocznę. I zniknął. Idąc za tą rekomendacją przekroczyłem drzwi i mnie olśniło. Ściany, sufit, dosłownie wszystko ozdobione było kryształkami, w których światło odbijało się we wszystkie możliwe strony. Wyglądało to naprawdę zjawiskowo. W jednym z kątów modlił się mężczyzna, poza tym – nikogo. Wygląd i ta przeszywająca cisza sprawiła, że musiałem tam chwilę zostać.

Będąc przy temacie meczetów: w Shirazie znajduje się także Meczet Masjed-e Naseer zwany również Różowym Meczetem. W różnych przewodnikach nazywany jest najpiękniejszym w Iranie. Niestety, nie byłem tam, co przyznaję i kajam się publicznie. Gdy ujrzałem upchnięte autokary na uliczce przed nim i wyobraziłem sobie masę turystów w środku, jakoś nie czułem ochoty na wizytę. Niewątpliwie i na pewno jest bardzo piękny i wart zobaczenia, ale ja zostanę przy magicznym Shah Cheragh.

Słońce zalewało Shiraz niemiłosiernie. Nie miałem termometru, ale było przynajmniej 30 stopni. To tylko przygrywka do tego co miało mnie czekać nad Zatoką Perską. Im niżej zjeżdżałem tym robiło się cieplej. Tradycją już jest, że w okresie letnim sporo Irańczyków z południa bierze rodziny, pakuje bagaże i przenosi się na północ kraju, aby przetrwać najgorętszy okres.

W zasadzie, oprócz ogrodów, w Shirazie zwiedzałem przeważnie miejsca religijne, może stąd to wrażenie o większym konserwatyzmie miasta. Dotarłem w końcu do mauzoleum Shah-e Cheragh zwanego potocznie Mauzoleum Króla Światła, które jest jednym z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych dla szyitów. Powitała mnie tablica opisująca zasady tam panujące, a w środku przydzielony mi został anglojęzyczny przewodnik. Od znajomego wiem, że jeszcze dwa lata temu przewodnika nie było i można było zwiedzać samemu. Teraz jednak bez przewodnika ani rusz. Potrzeba także jego zgody na robienie zdjęć i kręcenie filmów. Cała sytuacja wydała mi się nieco złowroga. Czułem się obserwowany. Przewodnik podczas obchodu, przerywał opowieści co jakiś czas i konsultował się z kimś przez krótkofalówkę, a ja… ja w tym czasie miałem na sobie fundacyjną koszulkę z adresem strony Po.Int-u. Tak wyszło, sami rozumiecie.

Akurat była pora modlitwy. Z głośników grzmiał Koran, a Irańczycy szczelnie rozlokowani po dywanach przystępowali do modlitwy. Jak na moje oko, to w tłumie modlących się ludzi dominowali starsi wiekiem. Młodych Irańczyków zbytnio nie dostrzegałem. Może to też jakaś oznaka zmian, o których wspominała rozmówczyni w Isfahanie? Gdy modlitwa dobiegła końca, przebywałem jeszcze na terenie Mauzoleum i z tego, co się zorientowałem, jednemu panu nie spodobało się, że robię zdjęcia. Zwrócił się jednak z tym do przewodnika, nie do mnie. Ja już właśnie wychodziłem.

Po tylu zrobionych kilometrach musiałem uzupełnić swoje akumulatory. Dwieście metrów od wyjścia z Mauzoleum uwagę moją zwrócił lokalny Fast Food i… strasznie tego pożałowałem. Do dzisiaj nie wiem, co mnie podkusiło, aby zamówić pizzę z pepperoni w kraju, w którym nie ma pepperoni.

Fast Food był oblepiony przez reklamy żywcem ściągnięte z Internetu, na których widniały rozmaite burgery, o dziwo nawet z boczkiem. Co za absurd! Na darmo się łudziłem. Otrzymałem najpaskudniejszą pizzę, jaką kiedykolwiek jadłem, a w roli pepperoni występowała „hindi sausage”, jak zresztą w innych pizzeriach w kraju. Nie dajcie się nabrać! Czym jest hindi sausage, tego nie wiem i chyba wolę, by tak pozostało. Mój smutek rósł z każdym kęsem pizzy, ale cena jaką zapłaciłem (220 000 riali!) nie pozwalała mi na pozostawienie mojego wykwintnego dania. Dokupiłem jeszcze pepsi, żeby wszystko należycie przepalić, i ruszyłem dalej z nieco opuszczoną głową.

Ciekawą rzeczą napotkaną na ulicy był prowizorycznie utworzony punkt mieszczący się pod namiotem. Jak wywnioskowałem, z głośników w namiocie leciały religijne kwestie, a na stole porozstawiane były kubeczki z darmowym, bardzo słodkim napojem, dla wszystkich chętnych przechodniów. Naturalnie – spróbowałem. Tak się właśnie uprawia religijną propagandę.  Coś takiego widziałem tylko raz podczas całej podróży.

Shiraz był również moją bazą wypadową do starożytnego Persepolis. Udało mi się tam dostać z pomocą taksówkarza, którego spotkałem zaraz po przyjeździe. Tego samego, który polecił mi tradycyjny hotel. Na wyjazdach z miasta najczęściej stoją punkty policyjne, przed którymi zwykle trzeba było zapinać pasy. Chyba tylko wtedy. W Iranie panuje też jakaś dziwna zasada, jeśli chodzi o wlepianie mandatów. Swego czasu zastanawiałem się, za co można dostać mandat. Wszyscy chodzą jak chcą nawet na oczach policjanta, który w teorii ma kierować ruchem, motory jeżdżą po chodnikach, samochody czasem też, sygnalizacje są chyba dla ozdoby, to za co te mandaty? Ano za pasy i prędkość.

Nie wiem, czy do końca dobrze zrozumiałem tłumaczenie taksówkarza, ale mówił, że gdy fotoradary wiszące nad drogą zrobią zdjęcie, to kierowca po chwili otrzymuje smsa z informacją, że został ukarany. Jednak to by oznaczało, że samochody są połączone z telefonami, co jest trochę dziwne. A może coś pokręciłem… nie wiem. W zasadzie Iran jest bardzo specyficznym krajem i wszystko jest tam możliwe. A ja w tym dziwnym tygielku pozbawionym logiki nadal czułem się świetnie.

Gdy dojechaliśmy na miejsce, chwilę po opuszczeniu przeze mnie samochodu, podbiegł do mnie jakiś mężczyzna, odrywając się od swojej rodziny. Zmierzając w moją stronę wymachiwał telefonem i już wiedziałem – czas na zdjęcie. Dla mnie, osoby, która niezbyt często się fotografuje, ilość zdjęć wykonana w Iranie wystarczy spokojnie na długi czas.

Słońce na bezchmurnym niebie górowało nad pozostałościami starożytnego miasta. Moim niezbędnikiem przez większość wyjazdu była chusta i czapka które, kolejno, w krytycznych momentach roztaczały opiekę nad moim karkiem, uszami oraz głową. Nie jestem fanem wszelkich ruin na tyle, aby się o nich rozpisywać, więc powiem tylko tyle, że możliwość wypicia herbaty i spoglądania na tyle tysięcy lat historii jest warta każdych pieniędzy. Choćby dla samej chwili i klimatu, jaki temu towarzyszy.

Taksówkarz w drodze powrotnej zwierzył mi się, że uwielbia Polskę. Był w Polsce przez rok i ma przyjaciółkę, którą bardzo chętnie by jeszcze kiedyś odwiedził. Pod sufitem miał nawet zaadresowaną do niej pocztówkę. Robiło się miło na sercu słuchając tylu ciepłych słów o Polsce i Polakach. Jak wspominałem na samym początku, Irańczycy uwielbiają Lachestan. Pamiętają migrację z czasów wojny, gdy Iran przyjął 120 000 Polaków. To ciągle żyje. I nawet po kilkudziesięciu latach, które minęły, reputacja Polski jest bardzo dobra i opiera się głównie na tym wydarzeniu. Tak to właśnie działa – w takim horyzoncie czasowym. Warto się nad tym czasem zastanowić.

Nastał zmierzch i czas w Shirazie dobiegał końca. Przede mną była Zatoka Perska i wyspa Qeshm. Taksówkarz, który wiózł mnie na dworzec, na koniec kursu zażądał ode mnie „fifty” riali. Wysiadając, wręczyłem mu więc banknot 50 000 riali, na co zareagował wielkim zdziwieniem, twierdząc, że to nie jest „fifty”. Wyjął z kieszeni banknot 100 000 informując mnie przy tym dosadnie – fifty! Uniosłem lekko brew spoglądając na niego. Nie było sensu tego przeciągać. Taksówkarz zapierał się rękami i nogami, że sto to pięćdziesiąt. Tak jest i koniec. Na próby tłumaczenia reagował gromkim „Nooo! Nooo! Fifty!”. Poddałem się i zapłaciłem posłusznie. Zabrałem plecak i udałem się na terminal wprost do autobusu kursującego na trasie Shiraz – Piekło na Ziemi.

Piekło na Ziemi

Qeshm jest niewielką wyspą i znajduje się kilkanaście kilometrów od południowego wybrzeża kraju, w cieśninie Omruz. Niżej w Iranie pojechać już się nie da. Z Qeshmu do Omanu jest przysłowiowy rzut beretem, bo 60 km, a do Zjednoczonych Emiratów Arabskich – 180. Wyspa jest strefą wolnego handlu i obszarem bezcłowym, gdzie ponoć przemyt kwitnie w najlepsze. Na pierwszy rzut oka można się przekonać, że jest to zupełnie inne miejsce niż reszta kraju. Ze względu na fakt, że Qeshm jest w jakiś sposób wyjęty spod sankcji lub są one mniejsze, na ulicach nie dostrzeżemy tylko samochodów lokalnej produkcji, ale także inne, dobrze znane nam marki. Styl budownictwa również różni się od tego spotykanego w innych zakątkach kraju. Kobiety przeważnie odrzucają czerń na rzecz kolorowych strojów, chowając się za rozmaitymi i bardzo wymyślnymi maskami. Biały kolor skóry jest bardzo pożądany i atrakcyjny dla lokalnych mężczyzn, więc między innymi z tego powodu takie maski. Słyszałem, że Teheran miał wobec Qeshmu wielkie plany i chciał go przekształcić w drugi Dubaj, ale weryfikując te informacje z tym, co zobaczyłem na własne oczy, mam wrażenie, że chyba o tych planach dość szybko zapomniano.

Autobus którym podróżowałem, po uprzednim opuszczeniu promu i pokonaniu kilkunastu kilometrów zakończył trasę w dość nietypowym miejscu – gdzieś na pustyni, przy rozjeździe dróg. Ani miasta, ani tym bardziej dworca. Kawałek placu przy drodze, zastawiony samochodami, o które leniwie opierali się ich kierowcy. Pomimo wczesnej godziny, gdy opuszczałem busa, uderzyło mnie dość ostre jak na tę godzinę słońce. Niebo było bezchmurne, a wiatr chyba postanowił wyemigrować na północ kraju razem z wieloma Irańczykami.

Wraz z resztą pasażerów udałem się po odbiór bagażu. Kierowca busa, wyjmując z luku bagażowego i podając mi plecak, nakazał mi chwilę poczekać. Odsunąłem się więc na bok i podziwiałem negocjacje, jakie toczyły się pomiędzy nim, a tubylcami lokującymi wyjęte bagaże w swoich samochodach. Chwilę później miałem już transport do miasta Qeshm, za który zapłaciłem 50 000 riali. Można to uznać za opłatę dość symboliczną. Mężczyzna, który zgodził się mnie zabrać, mówił tylko w lokalnym dialekcie. Powiedziałem mu, że chcę się dostać do city center, i tam mnie zawiózł… Po przyjeździe okazało się, że City Center to nazwa centrum handlowego w mieście Qeshm. Są to chyba dwa największe budynki w całym mieście.

Z każdą minutą słońce nabierało mocy, a ja po zlustrowaniu otoczenia ujrzałem wielki plac budowy, którego mianem mógłbym określić całe miasto. Była godzina dziewiąta rano, a miasto wyglądało jakby właśnie wymarło. Niedokończone budynki, opuszczone budowlane dźwigi zastygłe w miejscu – tak jakby pracownicy uznali, że dalsza budowa nie ma sensu. Puste ulice i chodniki pozbawione jakiegokolwiek ruchu. Pierwszą myślą, jaka przyszła mi do głowy, było pytanie – Gdzie ja jestem? I co ja tu właściwie robię?

Czytałem, że mało kto będąc w Iranie dociera na Qeshm. Większość podróżnych poprzestaje na magicznym trójkącie Isfahan – Shiraz – Yazd. Tym samym turysta budzi tutaj jeszcze większe zainteresowanie wśród mieszkańców, niż w innych miejscach, które do tej pory odwiedziłem.

Kiedy w końcu dostrzegłem jakieś życie, ciekawskie spojrzenia skierowały się w moją stronę. Kierowcy motorów odwracali głowy, samochody zwalniały, by siedzący w nich ludzie dokładnie mogli się przyjrzeć przyjezdnemu, a przechodnie spoglądali z zainteresowaniem zastanawiając się pewnie, co mnie przygnało do tego piekła.

Hotel udało mi się znaleźć dość szybko. Po załatwieniu wszystkich niezbędnych spraw kwaterunkowych na zegarku wybiło południe, a na zewnątrz z nieba lał się żar. W przeszłości bywałem już na pustyni, więc wiedziałem czego mniej więcej można się spodziewać po takim miejscu. Wilgotność powietrza była jednak nieporównywalnie wyższa, a to potęgowało uczucie gorąca. Latem słupek rtęci na Qeshmie nie spada poniżej 40, a nierzadko osiąga pułap 50 stopni. Pomimo tego, że wyspa w większości jest pustynią, to w jednej jej części można znaleźć park narodowy wypełniony zielenią.

Najlepszymi metodami zwiedzenia Qeshmu jest wynajęcie taksówki lub wycieczka z lokalnego biura podróży. Początkowo spróbowałem wariantu z biurem podróży. Po wejściu do środka i dwudziestu minutach rozmowy z panią, którą tam zastałem, nie miałem zielonego pojęcia, o co właściwie chodzi. Ze względu na śladową ilość turystów nie udało się zorganizować objazdu takiego jaki bym chciał. Wycofałem się rakiem i udałem się na poszukiwania taksówkarza, który za rozsądną cenę taki objazd by wykonał.

Nie szukałem zbyt długo. Po trzydziestu minutach siedziałem w klimatyzowanym aucie w towarzystwie pana taksówkarza, który co prawda nie mówił po angielsku, ale w miarę rozumiał, i z każdą zaliczaną atrakcją wskazywał mi na mapie kolejną, do której się udajemy. Przyznam, że po męczących kilku dniach, trzech tysiącach kilometrów w autokarze i w takiej temperaturze miło było odpocząć od wszelkich rozmów. Sam krajobraz wyspy mnie nie zachwycił. Głównie ziemia spalona żywym ogniem lejącym się z nieba. Gdzieniegdzie po trasie włóczyły się ospale krowy lub wielbłądy. Początkowo trochę żałowałem, że zdecydowałem się wybrać na Qeshm. Otrząsnąłem się szybko z tej myśli, bo to by była dopiero strata czasu – ubolewać nad tym, że się gdzieś jest. Z każdego miejsca trzeba umieć wyciągnąć pozytywne rzeczy i cieszyć się z pobytu. Uspokoił mnie widok linii brzegowej, bo dopiero wtedy uzmysłowiłem sobie fakt, że spełniłem swoje zamierzenie przecięcia Iranu z północy na południe. Pomyślałem – no chłopie, dałeś radę!

Gdy dotarłem do Doliny Gwiazd, moim oczom ukazał się niesamowity pustynny krajobraz  rodem z Gwiezdnych Wojen. Uformowane przez naturę na przestrzeni milionów lat wydmy z piaskowca rozchodziły się po horyzont. Żałuję, że nie mogłem być tam w nocy. W połączeniu z bezchmurnym niebem zasłanym gwiazdami atmosfera musi być niesamowita. Moje początkowe wątpliwości czy dobrze zrobiłem jadąc na Qeshm zostały rozwiane do końca. Nie zważając na słońce, narzuciłem sobie dość spore tempo marszu pociągając od czasu do czasu wodę z butelki. Będąc na szczycie najwyższej możliwej wydmy i unosząc ręce zakomunikowałem wszem i wobec, że osiągnąłem swój cel.

Następnym przepięknym miejscem, do którego się udałem był kanion Chahkooh. Po dojechaniu na miejsce pan taksówkarz był tak miły, że odprowadził mnie do samego wejścia. Jest to miejsce zdecydowanie warte uwagi i odwiedzenia. W niektórych miejscach kanion jest na tyle wąski, że wymaga przeciskania się. Nie próbowałem jednak szarżować mając w głowie, że będzie trzeba jeszcze jakoś wrócić.

Po drodze zahaczyłem również o miejsce o nazwie Kharbas Cave. Nie wiem za bardzo co to za miejsce i nie było nikogo, kto mógłby mi to wytłumaczyć. Ładne widoki, mały kompleks jaskiń, którymi można pospacerować kryjąc się przed słońcem. Do parku narodowego niestety nie dotarłem. Przyznaję, poskąpiłem.

Objazd wyspy trwał około 3-4 godzin i udało się zrobić małe kółko. Byłem usatysfakcjonowany, a w głowie mamiło mi się jeszcze pójście na plażę i popływanie w Zatoce Perskiej. Tego jednak niestety nie udało mi się spełnić. Siła wyższa. Zmierzając pewnym krokiem ku linii brzegowej i mijając wszelkie możliwe podróbki znanych sieci sklepowych zaszedłem do biura podróży, by zarezerwować bilet na wieczorny autobus do kolejnego miejsca na mojej liście, Yazdu – mój ostatni brakujący wierzchołek magicznego trójkąta Iranu.

Jak wielkie było moje zaskoczenie gdy okazało się, że dziennie kursuje tylko jeden autobus i odjeżdża o… 15:00. Zerknąłem na zegarek – 14:20, niedobrze. Na dodatek zapomniałem nazwy hotelu, w którym pomieszkiwałem. Ale dzięki ci, postępie, za nawigację! Miałem ściągniętą mapę offline w telefonie i nakierowałem pana taksówkarza na miejsce, w którym, jak sądziłem, znajdował się mój hotel. Na szczęście nie pomyliłem się. Po zabraniu rzeczy pędem wróciłem na dworzec autobusowy i zapakowałem się do autokaru. Chwilę po starcie zrozumiałem, że akurat w tym autokarze herbatki i ciasteczka raczej nie uświadczę. Co więcej, mało kto prócz mnie posiadał normalny bilet. Byłem w strefie bezcłowej zmierzając ku sporemu miastu w Iranie. Kierowcy, jak i pasażerowie, mieli o wiele ciekawsze rzeczy do roboty, niż serwowanie herbatki turyście… Co właściwie przewożono w autokarze? Przekornie przemilczę. Najbardziej dociekliwym Czytelnikom mogę szepnąć na osobności co nieco na tej temat wyprawy autokarowej. Najważniejsze jest jednak to, że kierowałem się do Yazdu, który wprawił mnie w zakłopotanie sprawiając, że uwielbiany przeze mnie Isfahan zyskał godnego sobie rywala. Moje serce rozdarło się między tymi dwoma miastami.

Pustynne miasto

Yazd jest jednym z najstarszych miast świata, a przy okazji jednym najpiękniejszych w Iranie. Jest też bastionem kultury zoroastriańskiej. Ze względu na lokalizację, Yazd ma problemy z wodą. Położony jest na środku pustyni, a woda doprowadzana jest do niego rurociągami z najbliższego miasta oddalonego o 200 kilometrów. Obserwując okolicę po dojechaniu na dworzec zastanawiałem się, gdzie jest to miasto? Dookoła niczego nie ma!

Dworzec mieścił się jednak daleko od centrum, o czym szybko się przekonałem. W mig znalazłem kierowcę, którego zapamiętałem chyba najlepiej ze wszystkich. Miał wymodelowane czarne włosy, ciemną karnację, a jego teatralne gesty rękami za każdym razem wywoływały uśmiech na mojej twarzy. Ciągle mnie poklepywał po ramieniu uśmiechając się od ucha do ucha. Pomógł mi znaleźć hotel, a ja umówiłem się z nim na zwiedzanie okolic Yazdu kolejnego dnia.

Kiedy wyszedłem z hotelu znów poczułem, że to jest moje miejsce. Moje samopoczucie było doskonałe. Sam nie wiem dlaczego. Na ulicach ponownie rozbrzmiewały klaksony, chodniki wypełniały się ludźmi, pogoda dopisywała – to musiał być dobry dzień. Rozglądając się po okolicy mijałem kolejne sklepy i stoiska. Kilku starszych Irańczyków na mój widok wykonywało teatralny gest ręką, kłaniając się z uśmiechem. Robili tak zarówno sprzedawcy, jak i przypadkowi przechodnie. Ci pierwsi dodatkowo mnie zapraszali do swojego sklepu na herbatkę. Nie czynili tego jednak nachalnie, i to należy im oddać. Wszystko z wysoką klasą. Spacerując po mieście nie miałem żadnej listy zabytków, które musiałem odhaczyć. Yazd był dla mnie całkowicie rekreacyjnym punktem. Nawet bez mapy znalazłem mnóstwo ciekawych i pięknych rzeczy.

Gdy szedłem sobie spacerowym krokiem, nagle zza zielonych koron drzew wyrosły dwa minarety, przyciągając mnie do siebie. Bardzo lubię zwiedzać meczety. Zwykle panuje tam głucha cisza i można chwilę odetchnąć od panującego dookoła zgiełku. Tak było i tym razem. W środku przy jednej z kolorowych kolumn leżał mężczyzna. Oprócz nas nie było tam nikogo. Jeśli ktoś nie ma gdzie spać, śmiało może się tam rozłożyć. Nikt was tam nie skrzywdzi.

Kawałek dalej znajdował się kolejny meczet. Jedno z flagowych miejsc w Yazdzie – Amir Chakhmagh, równie warty zobaczenia co poprzednik. Szczególnie wieczorem, gdy na placu pod meczetem widać lokalne życie. Nieopodal znajduje się też punkt ze świeżo wyciskanymi sokami. Pan, który mnie obsługiwał, dowiedziawszy się, że jestem z Lachestanu, ucieszył się co najmniej jakby wygrał jakąś nagrodę. Wraz z sokiem otrzymałem w gratisie serdeczny uśmiech i poklepanie po plecach.

Zwieńczeniem mojego spaceru było stare miasto. Zbudowane jest w całości z gliniano-piaskowych cegieł, a wszystkie uliczki wyglądają złudnie podobnie. Zagłębiając się w ten labirynt bardzo łatwo jest się pogubić. W korytarzach starówki znajduje się bazar, na którym standardowo można otrzymać wszystko. Różnił się od innych o tyle, że można było nabyć tam lokalne pamiątki, czego na innych bazarach nie zaobserwowałem, ale – może źle patrzyłem. Natrafiłem po drodze na knajpkę z wystawioną ławeczką na zewnątrz. Usiadłem zamawiając herbatę. W ciszy obserwowałem otoczenie i ludzi, którzy mnie mijali. Ten świat, pomimo że pozbawiony europejskiej logiki, wydawał się być bardzo harmonijny i można było dać mu się porwać.

Moja podróż powoli dobiegała końca i tym razem musiałem pomyśleć o bilecie trochę wcześniej. Przy starym mieście znajduje się biuro podróży, w którym bardzo chętnie wszyscy wam pomogą. Zarezerwowałem bilet na autobus jadący z Teheranu do Erywania i ruszyłem w dalszą trasę. Chciałem również zarezerwować jakiś hotel, aby nie tracić czasu włócząc się po nieporównywanie większym niż wszystkie miasta do tej pory Teheranie, ale tego akurat nie udało się zrobić. Przynajmniej nie w takiej cenie, jaką sobie narzuciłem.

Na starym mieście znajduje się wiele knajpek, które prócz miejsc w środku mają drugie piętro znajdujące się na dachu. Gdy spacerowałem już wieczorową porą, zaczepiła mnie pewna dziewczyna. Zaczęła mi opowiadać o mieście, o tym, że w jej knajpce jest najlepszy możliwy widok na stare miasto, poczęstowała mnie owocem, którego nazwy nie pomnę i bardzo zachęcała do wejścia do środka. Niesiony klimatem miasta nie miałem ochoty się jeszcze zatrzymywać i powiedziałem, że jak już się wystarczająco nachodzę, to postaram się wrócić. Niestety. Nastał już ciemny wieczór, a ja znalazłem się na dachu innej knajpki. Oczywiście – na siedzisku.

Zamówiłem herbatę z dodatkiem szafranu oraz lody i udałem się w wewnętrzną podróż nie wiadomo dokąd. Takiego spokoju dawno nie odczuwałem. Na siedziskach dookoła mnie siedzieli młodzi ludzie, turyści, rodziny i debatowali pewnie na różne ważkie tematy. Ja obserwowałem ludzi wijących się po rozświetlonych uliczkach oraz spoglądałem na przepięknie podświetlony meczet. Wieczór był bardzo ciepły, a niebo bezchmurne. Nie chciałem już wtedy robić żadnych zdjęć, oddając się po prostu temu miejscu i klimatowi, ale po pewnym czasie zmieniłem zdanie. Chciałem uwiecznić tę chwilę i przywieźć do domu chociaż obrazek. Siedząc w tak sielskiej i beztroskiej atmosferze, myślami odpłynąłem gdzieś daleko. Zdarzało mi się wracać wspomnieniami do Polski, krzywiąc się na każdą myśl o atmosferze, jaka u nas obecnie panuje. Mówię zarówno o tym, jak traktujemy sami siebie oraz o tym, jak podchodzimy do innych, których uwielbiamy szufladkować i wrzucać do jednego worka. Zamykając się na świat, tracimy z pola widzenia jego barwy i urok. Forsowanie wizji oblężonej twierdzy to zbrodnia, która dotknie nas wszystkich. Bardzo podobała mi się wypowiedź jednej z polskich podróżniczek, Katarzyny Tołwińskiej, znanej jako kASIA jalan jalan. W jednym z wywiadów stwierdziła, że podróżowanie nauczyło ją pokory. Podpisuję się obiema rękami.

W tym momencie jest godzina 1:48 w nocy. Siedzę i piszę teraz o tym wszystkim wsłuchując się w perską muzykę i mam wielką ochotę wrócić do Iranu. Wprost do Yazdu, dokładnie w to samo miejsce. Kiedyś to zrobię. To naprawdę magiczne miasto.

Drugiego dnia rano pod hotel przybył mój znajomy kierowca. Dopiero podróżując z nim przekonałem się, jak można zasuwać tym małym, lokalnym autkiem. Naturalnie w rytm głośnej muzyki. Krótki kawałek podróży uwieczniłem na filmie. Widać na nim krajobraz, jaki panuje dookoła Yazdu, a w tle leci muzyka, która do dzisiaj nie może mi wyjść z głowy. W niektórych miejscach góry mieniące się na horyzoncie były naprawdę potężne.

Jak pisałem, Yazd jest bastionem kultury zoroastraińskiej. W okolicach miasta, w górach, znajduje się miejsce, w którym ponoć od tysięcy lat płonie święty ogień. A dokładniej, są to trzy świece. Jedna z nich jest trochę oszukana, bo kiedy tam byłem to pewien turysta robiąc sobie zdjęcie nieopatrznie zgasił święty ogień łokciem i cały czar prysł… Pan, który doglądał świątyni, zapalił na nowo zgaszoną świecę. Oddaję mu honor, bo zrobił to od innej, niemniej świętej świecy. Można uznać komisyjnie, że się liczy. W tym samym pomieszczeniu z sufitu w powolnym tempie kapała woda. Wierzy się, że woda ta ma właściwości uzdrawiające, ale gdyby ktoś chciał sobie napełnić butelkę, musiałby postać kilka ładnych godzin. Prócz świątyni odwiedziłem też twierdzę mieszczącą się również nieopodal Yazdu. Gliniano-piaskowa konstrukcja, kilka tysięcy lat historii, niesamowita sprawa.

Gdyby ktoś kazał mi wybrać ulubione miasto w Iranie, wybrałbym Yazd. Jeśli wziąć pod uwagę całokształt – Yazd przeskoczył w moim rankingu Isfahan. Myślałem, że to niemożliwe, a jednak. Czas płynął nieubłaganie i trzeba było się szykować do dalszej podróży. Czekał na mnie już ostatni przystanek na liście – stolica kraju –  potężny Teheran.

Wszystko nie tak

Teheran jest ogromnym, kilkunastomilionowym miastem, nad którym górują wzgórza Elbrus. Był to ostatni punkt mojej wyprawy. Chciałem zobaczyć jak najwięcej, ale niestety – pogoda mi to uniemożliwiła. Samo miasto kocha się lub nienawidzi. Tak przynajmniej twierdzą podróżnicy, których relacje zdarzało mi się kiedyś czytać. Ja jednoznacznej opinii wydać nie mogę, bo niewiele tam widziałem, ale jeśli chodzi o klimat miasta – czułem się jak rybka w wodzie. Rano wysiadłem na dworcu znajdującym się w północnym Teheranie, który jest zdecydowanie bogatszą częścią miasta zamieszkiwaną przez różnych notabli rządowych. Ceny pokojów w pierwszych trzech hotelach, jakie napotkałem na swojej drodze, stanowiły połowę budżetu jaki wydałem podczas całej podróży. W Yazdzie uprzedzono mnie, że ceny w hotelach w Teheranie są dużo wyższe, podobnie ceny w tamtejszych taksówkach, ale wrodzona dociekliwość nakazała mi przekonać się o tym na własnej skórze. Opłaciło się. Po kilkunastu minutach spaceru, między blokami znalazłem dobry hotel w przystępnych cenach.

Jako że na drugi dzień miałem wyruszać do Erywania uznałem, że nie ma czasu na spanie. I to był błąd. Zawsze po całonocnej podróży autokarem wskazane jest odespać przynajmniej te 3 godziny, czego tym razem nie uczyniłem. Rzuciłem plecak na łóżko i wyruszyłem szybkim krokiem na dół.

Teheran nie był dla mnie łaskawy. Chwilę po opuszczeniu hotelu lunął straszny deszcz. Pomimo usilnych prób przeczekania złej aury i chęci dotarcia do jednej z największych atrakcji Teheranu – Azadi, wyjście zakończyło się totalną klapą. Przemoczony wróciłem do hotelu.

Podczas gdy wiatr starał się uporać z deszczowymi chmurami, mnie zostało pstrykanie po kanałach w telewizorze. Całe wiadomości dotyczyły trzech tematów – wyborów prezydenckich w Iranie, wojny z Arabią Saudyjską w Jemenie oraz nalotów amerykańskich w Syrii. I tak w kółko. Gdy zwycięski wiatr przegonił ciemne chmury, byłem gotów do ponowienia próby podbicia Teheranu. Wypakowałem z plecaka specjalną koszulkę, którą trzymałem przez całą podróż na samym dnie i ruszyłem w miasto. Z Azadi mi się nie powiodło, ale obrałem kurs na byłą Ambasadę USA. Chciałem zweryfikować rzeczywisty wygląd zabudowań i otoczenia z tym, który znamy z filmu Operacja „Argo”. Dla formalności – wszystko wygląda zupełnie inaczej. Powoli zaczynało się ściemniać, a mi humor zbytnio nie dopisywał. Mało co widziałem, a jutro w południe musiałem być na dworcu. Pozostało mi tylko jedno – iść gdzie mnie nogi poniosą.

Znów trafiłem nieźle. Odkryłem spory i piękny park, po którym przechadzało się mnóstwo ludzi. Po środku stał gigantyczny maszt wysokości Pałacu Kultury, na którym powiewała ogromna flaga Iranu. Rozmiar całości był imponujący. Szybko się ściemniało, a ja miałem do załatwienia jeszcze jedną rzecz, którą poprzysiągłem sobie zrealizować kilka lat temu i o której wspominałem we wstępie niniejszego tekstu. Kierunek – metro!

W tym miejscu pozwolę sobie przytoczyć fragment Nieśmiertelnych, autorstwa Vincenta V. Severskiego:

– Tu, w tym miejscu… – Konrad wskazał na mapie zaznaczony punkt – jest nowa stacja metra Szahran. Sto metrów na północ od niej szyny odchodzą w lewo na zachód. Ooo… tu – dotknął ołówkiem kolejnego punktu. – Tunel jest zamknięty metalową bramą i z pewnością monitorowany. To jedyna taka odnoga na całej siódemce. Są bocznice techniczne, rozjazdy, ale tego typu ślepy tor jest tylko jeden. W dodatku jest on używany, co widać dobrze po stanie szyn. Dalej ze stacji Szahran odchodzi tor techniczny, który ma własny peron, ale nie widać go, bo łączy się z torem komunikacyjnym siedemdziesiąt metrów dalej, na łuku za końcem stacji. Czyli to wygląda tak. – Konrad narysował na kartce szkic torowiska i stacji.  

Wszyscy stali wokół stołu, przyglądając się z uwagą, jak powstaje czytelny i logiczny schemat. Sara nawet nie przypuszczała, że Konrad ma talent do rysowania.

– Nigdy tego nie zauważyłem – rzucił zdziwiony Oleg. – A często tą linią jeździłem… jeżdżę. Ciekawe. Skąd ty to wiesz?

Sara uśmiechnęła się tajemniczo, ale Konrad nawet nie zareagował.”

I to mi się udało! To była dla mnie rekompensata za fatalną pogodę w Teheranie.

Drugiego dnia, jadąc na dworzec autobusowy, wysłuchałem smutnej opowieści taksówkarza. Opowiadał, że pochodzi z bogatej rodziny, która przed Rewolucją zajmowała się handlem ropą. Po Rewolucji wszystko im odebrano, a jego samego niedługo później wysłano na wojnę irańsko-iracką, podczas której został ciężko ranny. Opowiadając swoją historię pokazywał blizny, jakie nosił na ciele i żalił się, że została mu jedynie ta taksówka. Całą opowieść skwitował stwierdzeniem, że przed Rewolucją było lepiej. Na małej karteczce zapisał swój numer telefonu, po czym mi ją wręczył mówiąc – jeśli jeszcze kiedyś będziesz w Teheranie, odezwij się do mnie, ugoszczę Cię i obwiozę po mieście. Dokładnie o tym pisałem wyżej. Niektórzy nie mają niczego, ale wychodzą z sercem na dłoni.

Zgiełk dworcowy stawał się głośniejszy z każdym krokiem. Iran ma to do siebie, że niemożliwą sytuacją jest, by turysta spóźnił się na autobus lub do niego nie trafił. Jeśli będzie trzeba, połowa dworca nas nam zaprowadzi, a autobus będzie czekał godzinę. Takiego „zaprowadzania” sam doświadczyłem.

Na granicę dojechałem w nocy, po kilkunastu godzinach podróży. Było to to samo przejście, którym wjeżdżałem do Iranu. Nawet żołnierze byli ci sami. Oficer, który mnie odprawiał zapytał, jak mi się podobała wycieczka. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że Iran to fantastyczny kraj, którego siłą są otwarci i gościnni ludzie. Wrócisz tu jeszcze? – zapytał. Do zobaczenia za rok! – rzuciłem z uśmiechem i udałem się w kierunku tego samego mostu, którym kilkanaście dni temu rozpoczynałem podróż w nieznane. Zostawiłem za sobą Iran, a w punkcie kontrolnym po stronie Armenii przywitał mnie stereotypowy rosyjski celnik. Miał około pięćdziesięciu lat, daszek czapki uniesiony ku niebu, a w zębach trzymał dymiący papieros. Spojrzał na mój paszport i rzekł – Polsza, da? – Da. – Haraszo, i gestem ręki wskazał, że mogę iść dalej. Byłem w Armenii.

Słowo na koniec

Iran to naprawdę wspaniały kraj, godny polecenia. Na podstawie tego, co zdążyłem zobaczyć, mogę śmiało stwierdzić – moglibyśmy, jako Polacy, wiele się od Irańczyków nauczyć. Gdy wracałem do domu, naszła mnie smutna konstatacja. Irańczycy uwielbiają Polskę i Polaków, i podchodzą do nas bardzo życzliwie. Wszystkie napotkane przeze mnie osoby bardzo ciepło odnosiły się do naszego kraju i jego obywateli. Nawet gdybym chciał, to nie mogę powiedzieć złego słowa o żadnej osobie, którą napotkałem. Nie spotkałem się też z żadnym przejawem agresji czy niechęci. Po prostu – zero. Wysoka kultura.

A co by było, gdyby dziś przypadkowych Polaków na ulicy zapytać, co myślą o Iranie i Irańczykach? Chyba wolę nie wiedzieć. Irańczycy w dużej mierze postrzegają Polaków przez pryzmat wielkiej migracji, która miała miejsce podczas wojny. Mam natomiast wątpliwości, czy tak samo polubiliby obecną wersję naszego kraju. Smutne. Ale pod rozwagę poddaję.

Tomasz Zając


A Tobie Moniko, serdecznie dziękuję za redakcję tekstu. Dzięki Tobie ujrzał on światło dzienne.